Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jedna noc, czyli rozważania bx przed 8 marca

niedziela, 07 marca 2010 16:34


/obraz J.Warrena - z netu/

Patrzył na nią niezmiernie smutnymi oczami. Niepewny i zagubiony, z podkrążonymi oczami z braku snu i apetytu... On. Dotąd najbliższy jej człowiek. Jej mąż, pan i władca, ojciec jej dzieci... Tak bliski, a taki dziś obcy... Gdyby był bliżej, tuż obok... nie wytrzymałaby... przytuliła... Czekał na odpowiedź... ,,Wiesz, że mnie nie ma bez Ciebie..., nie rób tego, proszę. Daj mi jeszcze jedną szansę"... brzmiało jej w uszach... Jaką szansę, pomyślała..., na co szansę... Na kolejne złamanie obietnic? Na kolejne awantury i nieprzesane noce? Na kolejne pełne smutku spojrzenia dorosłych dzieci? Przed oczami miała zapuchniętą twarz nad sobą... noc, nagłe mocne otwarcie drzwi jej pokoju i światło, które  obudziło i zerwało ją na równe nogi... Obłędny wzrok i ten okropny wyraz twarzy... Zaraz... co robi???? Zobaczyła nóż w jego dłoni...
,,Zobaczysz! Rozpruję sobie brzuch!" Podciągnął koszulkę, przykładając nóż w odsłonięte miejsce... Zdrętwiała... I nagle... poczuła, że jest jej wszystko jedno, co zrobi... Coś pękło..., skończyło się. Bezpowrotnie. Dość... pomyślała, kątem oka widząc uchylone drzwi do pokoju najmłodszego syna... /a więc nie tylko słyszał... - widział też... niemal namacalnie czuła ten jego strach/ . Burza myśli..., wiedziała, że krzykiem tylko pogorszy sytuację.  Roześmiała się z nadmiaru emocji... ,,Przestań zachowywać się, jak dziecko..." powiedziała najspokojniej, jak umiała... Podeszła bliżej... ,,Oddaj to, przecież to śmieszne..." Drżała w środku... Drżała z przerażenia..., ale wyciągnęła rękę po nóż... ,,Mógłbyś sobie chociaż wziąć tamten z ostrym szpicem, a nie ten... do masła... tępy taki. Chyba już bardziej tępego w tym domu nie ma..."... śmiała się już naprawdę... coraz głośniej, widząc nagłe zwątpienie. Cofnął się do tyłu... ,,Nie wierzysz? Zrobię to!!! Albo Tobie to zrobię..." Trzymała już nóż w swojej dłoni... Zrobiło sie jej żal... tego człowieka... ,,Uspokój się..., powiedziała, to nie jesteś Ty, to alkohol... rano wszystko będzie inne..." Odtechnęła, gdy wyszedł, zamykając drzwi... Dopiero wtedy jej ciałem wstrząsnął ogromny płacz... Wiedziała, co musi zrobić..., a tak trudno jej było podjąć tę decyzję. Jeszcze dwa dni i wyjedzie... wytrzymam, odetchnę, odżyję i zrobię to... Zrobię... pomyślała. Położyła się, było już dawno po 2 w nocy... rano do pracy, córka na uczelnię... ma sesję... i wciąż gorsze ataki duszności... Jak trudno było przyjąć do wiadomości, że to własnym domem się dusi...
Nie spała długo chyba, nawet nie pamięta, czy zdążyła zasnąć... Kolejny raz tej nocy wpadł do pokoju... ,,Pozwól mi, proszę..., pozwól chociaż posiedzieć przy stopach... Nie umiem żyć bez Ciebie... nie umiem...., bez Ciebie mnie nie ma..." Płacz zabierał mu mowę... kroił jej serce na kawałki... Nie! , pomyślała... Wstała zdecydowanie i pokazałą drzwi... ,,Dość!!! Wyjdź stąd." Przekręciła klucz w zamku...
Słyszała go pod drzwiami, jak wielokrotnie podchodził, słyszała prośby i wściekłość na przemian... Już nie obchodziło jej , czy suka i szmata to ona..., czy kto inny... Przyłożyła jaśka do uszu... zasnęła.
Śniło jej się, jak kolejny raz wychodził z domu w pijanym widzie, by się... powiesić...
Rano będzie lepiej, myślała..., będzie lepiej..., sama nie wierzyła już w to, co myślała...
Nie było lepiej... Miał alkohol w piwnicy... , z targu...
Rankiem zanim się ubrała do pracy wyszedł, trzaskając drzwiami... prosto do banku, by jak mówił ,,oczyścić konto". Nie bała się, wiedziała, że tego nie zrobi... Ale i nie biegła już, by go zatrzymać... W drodze do pracy, z okna samochodu widziała go pod bankiem ze wzrokiem utkwionym w buty... Nie kazała się zatrzymać kierowcy. ,,Żal mi Ciebie"... pomyślała... Sprawdziła konto, wybrał jedynie niewielką kwotę na dalsze picie... Jakże dobrze go znała...
Kiedy wyjechał, odetchnęła. Kolejny raz zaczynała żyć... Za każdym razem dochodzenie do siebie trwało dłużej. Musiała pomyśleć, co dalej... Podjęła decyzję. Dziś musiała ją przekazać... Wiedział, że to koniec i będzie wymagała od niego konkretnej decyzji... Leczenie, albo sprawa w sądzie... przerażenie widziała w każdym fragmencie jego twarzy... Niewzruszona tym, podała mu warunki. Zgodził się na leczenie... Jest już ostrożna..., wie, że to może nie być koniec zmartwień. Wszystko zależy teraz od konsekwencji. Jej, oczywiście.
A ona nadal nie jest mu w stanie uwierzyć... Ile jest takich kobiet, jak ja... zastanawia się często... Uświadomiła sobie jeszcze jedną rzecz, że ona ma wielu przyjaciół wokół siebie, rodzinę, dzieci... On... tylko kumpli od kieliszka.

Ten post dedykuję wszystkim kobietom żyjącym w strachu i poniżeniu z mężami uzależnionymi od alkoholu.
Miłego tygodnia. :)

Wszystkich chętnych zapraszam do swojego nowo otwartego Klubu, gdzie można dyskutować na powyższy temat:
 DRINK BAR /BEZALKOHOLOWY/


Perełek szczęścia (20) | Rzuć własną perłę

Na przedwiośniu... o kraterach, jak po bombie...

niedziela, 28 lutego 2010 23:38


/ilustr. z netu/

Dawno nie pisałam, co u mnie. Właściwie, to nic nowego, a tak wszystko nowe... Od czego by tu... O, wiem...
Idzie Wiosna, tak przypuszczam, bo przecież pewności sam Kret nie ma, to skąd bym ja mieć ją mogła... Raz mówi, że mrozy za chwilę, zaraz potem, że zima odpuściła... i bądź tu mądry szary czlowieczku przed tv... Wyłączyłam, a jakże... Bo albo oczopląs, albo kociokwik w najlepszym wypadku.
Tato przestrzega mnie przed schowaniem zimowej kurtki, no dobrze, niech jeszcze będzie pod bokiem... Na wszelki wypadek. Jak to mówią... Lepiej dźwigać, niż ścigać.
Odpuściła nam, czy nie, to jeszcze nic... Najlepsze są drogi, które w pełnej pozimowej krasie pysznią sie dziurzyskami, jak dobre powidła śliwkami...
No to i wpadło autko kochane Bellatrix w taką dziurę, aż zadudniło /dwukrotnie/, by za chwilkę synuś mógł sobie porobić kapcia... Po prostu marzenie... taki kapeć w nocy, na głównej trasie, piątkowym wieczorem, kiedy sznury aut powracających z pracy lawirantów /bo to nie dla kierowców taka droga do wojewódzkiego miasta przecież!!!/ w deszczu oślepiają z daleka na wjeździe na wiadukt... Wiadukt nad autostradą, żeby nie było. No i już... masz babo...  Przeboleję, bo co tam jeden kapeć... Dojechaliśmy ledwie do stacji CPN, by móc wymienić to koło i ruszyliśmy w dalszą drogę. ,,Mami, uważajcie za tą stacją, bo tam dopiero zaczyna się masakra, kratery, jak po bombie, tak będzie do samego ronda" pisze starszy syn ostrzegawczo smsa... No tak, myślę, przecież jeździ tą drogą codziennie do pracy i z powrotem.  Paweł zwalnia do 60/h, potem jeszcze bardziej i jeszcze... No kurczę, nie da rady jechać!
Przejeżdżamy powolutku niebezpieczny odcinek, ze 30 km na godzinę, to maksymalna możliwa prędkość.... Widać stary wiadukt kolejowy, za którym już moje wojewódzkie miasto... Ul. Bardzka... Syn zaczyna się niespokojnie kręcić na siedzeniu kierowcy... Kierownica drży... ,,Co jest Paweł? Zlituj się, nie mamy już drugiej zapasówki!!!" Drugi!!! Zjechaliśmy na parking przy tzw. Chemii. I klops. Koniec jazdy... Po 20 tej żaden zakład wulkanizacyjny nam nie zrobi koła. To tamta jedna dziura... rano, kiedy ściągali synowie samochód do domu, przyjrzeli się dobrze tej wyrwie na wiadukcie... średnica okolo 0,5 m w jednym rogu można wejść do połowy łydki... Niczym nie oznaczona, nie zabezpieczona. To dlatego obydwa koła poszły z prawej strony. Jedno pękło od razu, jest nie do naprawienia, drugie powoli wypuszczało powietrze, ale nie wytrzymało lawirowania pomiędzy dziurami. Nieoceniony telefon komórkowy... Zadzwoniłam po syna, przywiózł koło, pożyczone, ale... nie takie, jak trzeba... Niestety nikt ze znajomych nie ma potrzebnego rozmiaru. Zostawiliśmy więc samochód na noc pod opieką przemiłego pana stróża na wspomnianym placu, no przecież swój był, z naszego miasteczka /co się okazało w przemiłejj rozmowie, kiedy bardzo chciał pomóc, a nie mógł ;)/, to jakżeby inaczej mógł postąpić, jeśli nie tym pomóc swojakom. :) Patrzcie, jakie to niby przypadki się zdarzają...
Rano zamiast spania, bo wolna sobota, to chłopcy mieli zadanie bojowe - sprowadzić auto do domu, a wcześniej zawulkanizować jedno nadające się do tego koło, kupić dwie nowe opony, zrobić przekładkę już we Wrocławiu, aby były na jednej osi jednakowe. Mogłam zamówić lot czarterowy do Wrocka, wiecie? W tanich liniach byłoby taniej... ;))
W każdym razie dojechaliśmy do celu, tyle, że o półtorej godziny później, myślałam, że już nic nie załatwię, ale załatwiłam. Wróciliśmy już też bez zbędnych przygód, bardzo szybko, a tak chciałam oszczędzić starszemu synowi powtórnej jazdy... Dopiero stamtąd wrócił z pracy... Przyjechali przed południem. Marcin opowiedział o swoich wrażeniach i w jakimś momencie mówi ,,Mami... gdyby Wam strzeliły obie opony na raz, a Paweł jechał szybciej... samochód staranowałby barierkę na wiadukcie i spadłby na autostr....."
,,Ciii, nawet tak nie mów".
Powiecie, że można było się zatrzymać, zrobić zdjęcia dziury, zawiadomic policję? Nie kochani, nie można było. Deszcz, noc, wiadukt i sznur samochodów jadących w przeciwnym kierunku i tych kilka za nami, oślepiające światła..., to wszystko stwarzało zbyt duże zagrożenie, by można było myśleć o aparacie w torebce, który miałam, a jakże... Trzeba było stamtąd uciekać i to szybko, by nie spowodować jeszcze gorszego zdarzenia na drodze, niż spowodowały te niespodzianki, które tam zostały po zimie.
Dla uzupełnienia dodam tylko, że mijaliśmy dwa samochody /bus i osobowy/, które wymieniały koła, najpewniej po tej samej dziurze, a za nami na stację CPN, gdzie syn zakładał zapasówkę, zaraz za nami podjechał kolejny samochód, w którym siedziało koło... Nikt nie odważył się zatrzymać w tamtym miejscu...
Uważajcie na drogach, które po zimie pokażą nam wiele podobnych kraterów i kraterków...

Perełek szczęścia (11) | Rzuć własną perłę

Na miły dzień...

wtorek, 16 lutego 2010 22:21

 


 Naprawdę... o wiele bardziej wolę słuchać Ani Wyszkoni, niż tego, co przyszło mi słuchać...  Wy też wolelibyście. Dlatego nie będę pisać, czego słucham tak naprawdę. Pozdrawiam Was najpiękniej...

Perełek szczęścia (27) | Rzuć własną perłę

Mała... ;)))

czwartek, 28 stycznia 2010 21:34
No kochani... :))) Miałam napisać wiersz. Wiersz dla syna. Moja najmłodsza latorośl jutro ma urodziny. 19te. Ale nie mogę... Nie mogę, bo... pokładam się ze śmiechu. Oto dostałam na GG widomość od adresata swoich dzisiejszych myśli... Och, jak to dziecko wie, jak mamę rozłożyć na łopatki... ;))) Utarło się, że jeśli znajdziemy coś ciekawego w necie, przesyłamy sobie linki na Gadu Gadu. Zwykle to nowa, ciekawa piosenka, zwłaszcza, jeśli wiemy, że któreś z nas lubi wykonawcę, czy śmieszny filmik, czasem jakiś kabaret. Często przesyłaja mi linki do muzyki, której słuchają sami. No jak to, by mama na bieżąco nie była... ;) Ale dziś mój synek wysłał mamie... ostatni hit... No tak, rytmy reagge... uwielbiam... No to posłuchajcie ze mną... :)))))) 
Nie... no jak można wypowiedzieć tyle słów niemalże na raz... Chyba wolę już metal, albo co...  Ale... ok. Da się słuchać. I tańczyć nawet. ;)))

No i jak Wam się podoba?  Ups...  ;) 

No co, a mnie się już podoba. Im dłużej słucham, tym bardziej... Ktoś z moich gości jakiś czas temu prosił, by muzyczka była żywsza jakaś...

Mówicie i macie. :)

 

Perełek szczęścia (16) | Rzuć własną perłę

Zima ma się świetnie

piątek, 22 stycznia 2010 19:07


/obrazek z netu/

Zima trwa i jak wszyscy wiemy - ma się świetnie. Na mieście pełne zaskoczenie drogowców i innych odpowiedzialnych za utrzymanie porządku służb... również ma się świetnie... i również trwa i trwa. Zasypane śniegiem przyblokowe podwórza, białe od śniegu i niesamowicie śliskie drogi. O chodnikach szkoda mówić. Zabrakło pługów tej zimy, czy cóś... I piasku zabrakło... Ale też i wyobraźni ludziom zabrakło.
Zapadają się płaskie daszki przydomowych garaży, bo nikomu nie przyszło do głowy, by zrzucić śnieg, zanim to sie stało. Więc się stało... Zapadł się dach garażu na samochód. Szczęśliwie pusty. Cóż... pewnie taniej miastu wysłać straż pożarną, policję i kilku elektryków na miejsce zdarzenia... Paranoja.
Nad głowami wiszą ogromne sople powstałe kilka dni temu, przy ostatniej dodatniej temperaturze.
No ładne są..., jasne, że tak... Uwielbiam nawet im się przyglądać. Tylko... jakoś wolę nie wchodzić na chodnik, który jest bezpośrednio pod tymi sopliskami... Zresztą wejście na chodnik...? Jaki chodnik??? Kilka dni temu widziałam wielkie ciężarówki, które wywoziły śnieg z miejsc parkingowych pod dużym supermarketem poza miasto, bo już nawet na chodnikach nie ma miejsca...
Wiele rozumiem, ale nie rozumiem za nic, kiedy nie można przejść nawet obok budynków mieszkalnych, chodnikiem, bo śniegu nikt nie ogarnął, czekając nie wiem na co... Przy wejściach za to beztrosko sobie wystaje młodzież..., wesoło gawędząc i wysmiewając tych, co z problemem ślizgawki na chodniku poradzić sobie nie mogą. A jaki gromki, zgodny śmiech, gdy ktoś upadnie! ... No tak..., oni sobie poradzą. Do sklepu pójdzie mama, albo babcia, z której będzie się śmial ktoś inny, z innej bramy....  Matko z córką... czy ludzie nie mają wyobraźni? Narzekania dorosłych również słychać na każdym kroku. Oglądają się wciąż na odpowiednie służby, które mają daleko... w nosie, co kto myśli. /Bo jak to w zimie, żeby był śnieg?/ Oglądają się i co? Ano... nic. To ktoś ma zrobić porządek, byle nie oni sami. A może by tak.... za łopaty i poodgarniać wreszcie ten /twardy już, bo skamienieć zdążył/ śnieg... i postrącać te istne sztylety znad własnych głów i głów swoich bliskich...?
Śmiem twierdzić..., nikogo nie obrażając, bo nie o to tu chodzi... Na wsi mamy lepiej. Na nikogo się nie oglądamy i nawet na to nie czekamy, by ktoś o nas pamiętał, bo wiemy od zawsze, że nikt za nas NICZEGO nie zrobi. Strącamy sami nawet sople. Dzieci też, choćby kulkami ze śniegu je strącają. I mają jeszcze świetną dodatkową zabawę. Odśnieżamy podwórka, dojścia do garaży, piwnic i gdzie tylko dojść trzeba. Ale już priorytetem są chodniki, wyjścia z domów i te kawałki drogi, która przylega do posesji... By nikomu się nic nie stało. By jak najbardziej złagodzić niewygody, które taki stan rzeczy powoduje. I zagrożenia, jakie stwarza naturalna przecież w tym kraju /!!!/ zima... Tu mieszka wiele osób starszych, emerytow, rencistów. Dla nich dojście do sklepu jest prawdziwym wyzwaniem. Konieczna jest pomoc w trudniejszych chwilach, czasem zrobienie zakupów. Przecież i my będziemy kiedyś mniej sprawni, ograniczeni wiekiem. Tamci młodzi chłopcy też. Warto chyba popatrzeć nieco dalej, poza czubek własnego nosa.
Jasne. I na wsi są ludzie, którym się przypomina o zimowych powinnościach. Ale tu na szczęście wieści rozchodzą się bardzo szybko i to jest jedyny czas, w którym mi to absolutnie nie przeszkadza. ;))) Wystarczy powiedzieć w sklepie dwa zdania w stylu ,,No pani Aniu..., ależ zasypało tego Józka, nie da rady koło niego przejść.." Nie trzeba długo czekać na to, by Józek odśnieżył swój chodnik...

Skąd się wzięła ta roszczeniowa postawa wielu ludzi, zastanawiam się. Jak możemy potem nie narzekać na swoje dzieci, jeśli sami nie dajemy im przykładu... Owszem, nie wszyscy są tej wyobraźni pozbawieni i na pewno jest też wielu, którzy myślą, ale podobne obrazy, opisane z codziennych moich obserwacji miejskiego życia, dają sporo do myślenia. Przedwczoraj w centrum miasta, upadła na oblodzonym chodniku młoda 24letnia dziewczyna. Kierowca jednego z naszych zakładowych busów zatrzymał się i pobiegł z pomocą jako jedyny, choć samochodów mijało ją kilka. Wezwał karetkę. Nie mogła wstać. Została przewieziona do szpitala z podejrzeniem urazu kręgosłupa. Bo nikt nie zwrócił uwagi na lód na chodniku przed... /o ironio.../ Zakładem Pogrzebowym...
Czy największą tragedią człowieka nie jest czasem... zima w sercu?

Co... niepozytywny tekst? :) Oto i pozytywny:
Dziś dostałam maila z tymi zdjęciami od jednego z netowych znajomych, którego tu pozdrawiam. :) Deserek pysznie wygląda, a i kanapeczka niczego sobie, na weekend, jak znalazł, choć mi coś tu lodówką pachnie... zimowo.
Proszę się częstować, nie zjem sama... :)))


~~ - ~~


:))))))
MIŁEGO WEEKENDU


Perełek szczęścia (22) | Rzuć własną perłę

Zasypało nas tej zimy

poniedziałek, 11 stycznia 2010 10:16


/zdj. z netu/

Fakt. Zasypało nas. :))) Nie wiem, czy przesadzę, jeśli napiszę, że na moim podwórku leży ponad półmetrowa warstwa śniegu. Może nawet grubsza. Nie mogłam dostać się do pieska, syn musiał przekopać ścieżkę, do garażu też. Ale tam i tak niepotrzebnie, bo przecież jazda samochodem na letnich oponach nie wchodzi w grę. Nawet na zimowych też nie... :) Niech odpoczywa mój ,,paluszek" przez te zaspy. Pies zachwycony, to jego pierwsza zima w życiu. Trochę się obawiałam, że za trudna dla niego, nie ma jeszcze roku. Ale radzi sobie doskonale, a na wielkie mrozy mam przygotowany kojec w budynku gospodarczym. A zgrubiał mój Maksio, że hoho. To zimowe okrycie. :))) Sierści na nim, jak na niedźwiedziu... I tak zabawnie rzuca sie na śnieżne zaspy... Ledwo go widać, jak się zapadnie. Ale on smyk i już jest z powrotem na powierzchni.
A w sobotę byłam świadkiem zabawnego zdarzenia... Piszę o tym, bo niektórzy z Was wątpią, czy w ogóle da się odśnieżać ze śmiechem... Otóż da się. :) Można to traktować, okazuje się, jako świetną zabawę. Najpierw usłyszałam piski, a dopiero potem zajrzałam przez okno w kuchni.  Stąd widać całą drogę i posesję sąsiadów, gdzie kilka młodych rodzin wynajmuje mieszkania. I co zobaczyłam? Właśnie to, co ostatnio opisałam w wierszu. Całe dwie rodzinki razem z dziećmi z łopatami odśnieżały wjazd na swoje podwórko... Nawet małe dzieci miały łopatki... To co, że takie do piasku..., ale ładowały ten śnieg, aż furczało... Mnóstwo śmiechu i zabawy, nawet jakiś bałwanek nieduży stał przez chwilę, ale go ktoś zaraz przewrócił, gąszcz śnieżek, a na koniec sznur sanek, do których doczepiały się inne dzieci... Kład wydawał mi się na oko za słaby, ale poradził sobie doskonale z całym kuligiem. Nikt nie odszedł, jeśli sam tego nie chciał.
Patrzeć było miło na takie zimowe harce. Niestety, nie mam zdjęć, a szkoda... Jeszcze nie wrócił mój aparacik do mnie po Sylwestrze synka... Ale wróci, na pewno.
W środę wracam do pracy. Jeszcze się obijam o ściany i leczę malinową herbatą itp. rzeczami ;))). Kurczę..., dłuży mi się w domu... Ile można sprzątać, gotować, prać, czytać, oglądac tv /ble.../... No ile... Mąż wyjechał znowu na jakieś kilka tygodni, wszyscy w pracy, w szkole..., sprzętu z naprawy nie widać... Dobrze, że komp u syna wolny, na razie,  póki go nie ma, bo inaczej cała rozrywka..., to... piec co.  ;)))
No dobra... idę do tego pieca....


Perełek szczęścia (17) | Rzuć własną perłę

Święta, czyli jak to u bellatrix kiedyś bywało...i jak szachy poznała.

sobota, 26 grudnia 2009 22:14
Witam serdecznie, mili Goście.
Czas Świąt powolutku mija. Mimo tego, że jeszcze wolna sobota, niedziela, to jednak Święta właściwie są już poza nami. Oczywiście mówię o ludziach, którzy są wyznania rzymsko - katolickiego. /Prawosławni na przykład, jak na pewno wiecie, będą obchodzić je dopiero za dwa tygodnie./
Cóż... dzisiejsze Święta bardzo się różnią od tych, które pamiętam z dzieciństwa. Rodzice bardzo dbali o to, by zachować jak najwięcej z tradycji, którą im przekazano. Niby ja też... A jednak...
Siedząc przy wigilijnym stole, w gronie rodziny, pomyślałam sobie... Gdzie jest ,,dziad" w kącie, który dzisiaj świeci czystością..., gdzie jest kopica siana pod stołem, pod którym próżno go dzisiaj szukać.... Gdzie..., a no tak... miniaturka szopki jest, ale jakaś nie taka..., nie ta. Za ładna, za błyszcząca...
 Kiedy byłam mała, w dzień Wigilii, kiedy to mama już umyła podłogi /eee tam umyła... -  szorowała deski szczotką ryżową/, a do kolacji została do usmażenia tylko ryba, a tato już wypastował wszystkie buty na glanc, bo przecież w Święta nie do pomyślenia było, by to robić /!!!/... Przynosił do domu snop zboża, tzw.,,dziada", którego stawiał w kącie mieszkania. To ten największy i najdorodniejszy, który skrzętnie został zachowany od wymłócenia w czasie żniw. Pod wigilijnym stołem kładł luzem siano. To nic, że gdy za bardzo wierciliśmy się przy stole, całe moje rajstopy, czy spodnie braci były nim oblepione. Rodzice też nie wyglądali lepiej i jakoś to nikomu nie przeszkadzało. A gdy już nareszcie usiedliśmy po wspólnej modlitwie /obowiązkowo na klęcząco i obowiązkowo wszyscy zwróceni twarzami do krzyża/, absolutnie pod żadnym pozorem nie wolno było od niego wstać przed końcem uroczystej wieczerzy. Tato zaczynał życzenia i łamanie opłatkiem. Zawsze od mamy. Potem już w zależności od tego, jak siedzieliśmy. Nikomu z nas nie przychodziły do głowy żadne prezenty. Nikt o nich nawet nie mówił, ani nie myślał. Dla nas magią był zapach mandarynek i świerka w całym domu. I wszyscy się cieszyliśmy. Nie jadało się mięsa w Wigilię, na które dziś jest oficjalne przyzwolenie, za to na stole nie mogło zabraknąć na przykład obranych ząbków czosnku, który to miał chronić dom i nas przed różnego rodzaju insektami i chorobami, miodu do opłatka, czy kutii, do której niełuskane ziarna pszenicy tato ,,pichał"  własnoręcznie na kilka dni przed kolacją. Ale bezpośrednio po opłatku mama podawała barszcz czerwony /postny/ z uszkami z grzybów od cioci Marysi, co je zawsze jakoś zdążyła dosłać paczuszką spod Nowej Soli... Ależ mamie nieraz napsułam ciasta swoim pomaganiem... Potem były pierogi z kapustą i grzybami, potem kutia, gołąbki z grzybami, wszystko to z sosem grzybowym, ryba smażona, śłedzie... Potem kolędy , ulubione przez nas tatowe pastorałki... np...

,,W tej kolędzie, kto tam będzie
   każdy się ucieszy...
A kto co ma podarować,
niech do pana spieszy      
dać dary tej miary
dla Pana naszego...
Żeby się doczekać
zbawienia wiecznego.
Kuba stary przyniósł dary
masła na talerzu.
Sobek parę gołąbeczków,
takich jeszcze w pierzu...
Wziął Wojtek gomułek
i jajeczko gęsie,
a Bartek nie miał co dać...
stare portki trzęsie...
Wziął Antek kozęza rogi,
prowadzi do Pana,
śpiewa sobie, wyśpiewuje
dana moja dana...
Koza się wyrwała,
 powróz mu porwała,
skoczyła, jak dzika,
 do lasu bieżała.
On porwawszy szary, wary
biegł prędko przez krzaki,
koza skacze, jak szalona,
spłoszyły ją ptaki...
Chwycił ją za ogon
i trzyma co mocy...
A koza fiknęła...
wybiła mu oczy... "

Mnóstwo było śmiechu z tej pastorałki, a dziś co roku śpiewają ją i moje dzieci. Zaczyna, jak zawsze dziadzio. :)
Kiedy już pośpiewaliśmy wszyscy, mama przynosił smakołyki, jeśli je wcześniej zdobyła rzecz jasna. I rzecz jasna chodzi i mandarynki i pomarańcze,czasem też słodycze. I tak wyglądała Wigilia u bellatrix w domu. Kończyła się Pasterką, na którą się szło pieszo ok.2km niezależnie od tego, jak było mroźno i jak bardzo chciało się spać.
Ale... pamiętam też, że raz dostałam lalkę... Bracia wtedy dostali szachy. No co... graliśmy w szachy na zmianę, a lalka patrzyła. Jakoś nie chcieli się nią ze mną bawić. Staszek miał wtedy może 10 lat, ja 6,Tadeusz 17... Ha... wcale się ze mną nie chcieli bawić. A w szachy grać i owszem. Dopiero wiele lat później się przyznali, dlaczego... Byli lepsi. ;))) Do czasu. Ale mnie wtedy nie było w głowie to, że zawsze przegrywałam. Cieszyłam się, że tak sobie fajnie siedzimy wszyscy przy stole i GRAMY. Razem.
Przychodził do nas po mleko pan, nasz sąsiad. I to ten pan, kiedy nieraz przychodził za wcześnie, nauczył mnie grać w szachy tak, by nie przegrywać za każdym razem. Ale wtedy braciom ochota na granie jakoś... szybko minęła... ;)
O, proszę... jak to ze Świąt na szachy zejść można... ;)))
P.S.
Kochani, mam problem z netem, dlatego jestem bardzo rzadko na blogu, a i u Was także. Czasem korzystam z kompa synów, kiedy jest wolny. Wrócę, kiedy naprawią. ;))) I... śpiewajcie kolędy. Czas Świąt mija,. ale czas kolędy jeszcze nie... :)))


Perełek szczęścia (14) | Rzuć własną perłę

Magicznych Świąt

niedziela, 20 grudnia 2009 18:43




Zatrzymaj się przez chwilę...:
DeSu - kto wie czy za rogiem

Wszystkim swoim gościom... Tym, którzy się podpisują i tym, którzy pozostają anonimowi... życzę
ciepłych, radosnych Świąt. Niech wszystkim spełnią się wszelkie życzenia i marzenia.
Niech nikomu nie zabraknie Miłości i radości w sercu. Pozdrawiam serdecznie...

Perełek szczęścia (40) | Rzuć własną perłę

Wśród kwiatów zatrzymanych myśli...

poniedziałek, 14 grudnia 2009 15:24



Że też mi to nie przyszło do głowy... Nieoceniona Al... Wczoraj przeczytałam notkę na blogu, którego nie znałam wcześniej i pomyślałam, że to piękny gest, kiedy pisze się nie tylko o sobie, o własnych sprawach, ale również o innych. O tych, które przeżywamy tutaj, w necie - też. O przyjaciołach i przyjaźniach, które tu się nawiązały, tu zrodziły.
Jakiś czas temu na innych blogach zwróciły moją uwagę komentarze. Mądre, ciepłe, życzliwe i piękne..., pisane pięknym  językiem, z ogromną wrażliwością i sercem. No przecież nie byłabym sobą, /bo jak zawsze ciekawska jestem, że hoho ;)))/ gdybym któregoś dnia nie zajrzała pod znaleziony gdzieś adres. I ugrzęzłam, kochani... na blogu Rysia... Oczarowana, zauroczona, jak kto woli... wszystkie słowa o najlepszym znaczeniu mają tu zastosowanie i są prawdziwe. Chłonęłam te wiersze, chłonęłam komentarze, odpowiedzi..., nieraz płakałam czytając o zdarzeniach, z którymi nie umiałam się pogodzić. Tak, to prawda. Wzrusza do łez.
To moje zauroczenie trwa do dziś, chociaż już w bardziej zażyłej formie i z dumą mogę powiedzieć, że to mój kolejny netowy i realny Przyjaciel, z czego bardzo, bardzo się cieszę. Bratnia dusza. Za kilka dni będzie obchodził 81 urodziny. :) Nie pomyliłam się w swoich odczuciach, przecież nie na darmo mówi się, że swój zawsze znajdzie swego.... :) Dodam jeszcze, że prywatnie Ryś jest tak samo wrażliwy i serdeczny, jak w swoich wierszach...  Co tu będę pisać..., najlepiej, jeśli sami ocenicie jego poezję... Niżej zostawiam linki. Zobaczcie sami. :)

,,Kwiaty naszych myśli" - blog Rysia

,,Zatrzymane w słowach" - autorska strona www

Ryś... zaszczytem jest dla mnie znajomość z Tobą. :)
Dziękuję Al. :)


Perełek szczęścia (21) | Rzuć własną perłę

,,Szlachetne zdrowie,

środa, 25 listopada 2009 21:29


/ jeszcze gorący... Anioł Dobrych Myśli :) /

... nikt się nie dowie... jako smakuje, aż się zepsuje."

Właśnie. Nie o aniołach będzie dzisiaj..., a o zdrowiu, ale umieszczam go..., bo jutro już go nie będzie. Ma już nowego właściciela, a póki co jeszcze stoi u mnie w domku i cieszy nie tylko moje oczy. Niech więc ucieszy i Wasze.

       Czas jesieni sprzyja różnym infekcjom, osłabieniom organizmu, przeziębieniom i niemal graniczy z cudem pozostawanie w pełni zdrowia we współczesnym świecie. Wystarczy uruchomić wyobraźnię... zanieczyszczone powietrze, przetworzona żywność, konserwanty, deszcze / kwaśne/, które spadają na zwykłe ,,rasowane" nawozami i opryskami , ale też na te... ekologiczne uprawy, bo przecież nie rosną między deszczem..., smog elektromagnetyczny, który jest wszędzie...a teraz chłód, wiatr jesienny, zmienność aury, niedalekie mrozy...

 

Jednak bez paniki, bo i dziś, jeśli szuka się informacji na temat zachowania zdrowia w niezdrowym środowisku, można znaleźć je wszędzie. Nie twierdzę tu, że to łatwa sprawa do wykonania, bo znaleźć, a wykonywać..., sami wiecie. .. Jednakże pewne jest, że zdrowie zaczyna się w czystym organizmie. Warto więc poświęcić temu trochę uwagi. Profilaktyka jest przecież dużo  tańsza od leczenia..., nie?

Mamy w sobie takiego naturalnego strażnika zdrowia... swój własny system immunologiczny, który jeśli jest sprawny, bez problemu poradzi sobie z wirusami, bakteriami,  wszelkimi chorobami, w tym grypą sezonową, ptasią, świńską i  innymi, o których tylko sobie zamarzą... firmy farmaceutyczne.  Bo nie ukrywajmy..., że to im najbardziej zależy na zbycie własnych produktów. Potężna machina... I ciekawe... Jeśli chodzi o ogromne pieniądze..., to czy tym firmom może zależeć bardziej na zdrowiu klienta / pacjenta /, czy na dobrych wynikach finansowych... Wniosek jest jeden, niestety.

Nie jest tajemnicą, że każdy lek chemiczny wyprodukowany przez człowieka, ma skutki uboczne. Potwierdzają to nawet ulotki załączone do każdego leku, które jednak bardziej chronią firmę przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, niż nas, pacjentów, bo lekarz w razie takowych... przepisze... inny lek. O innych skutkach ubocznych, które albo się odezwą zaraz, albo niezauważone zepsują coś nowego, przy okazji leczenia podstawowej jednostki... I nie ma szans, by było inaczej, jeśli już wpadniemy w wir aptekowych zakupów... Coś o tym wiem z własnego doświadczenia. Nawet powiem, że bardzo dużo wiem... i są wśród Was osoby, które wiedzą o czym mówię.

 

Nie odradzam tu, ani nie ganię tych, co biorą leki i leczą się, bo już nie ma odwrotu, a zbyt wielu zniszczonych organów w organizmie naprawić się ot tak sobie, z dnia na dzień, nie da. Często nie mają wyjścia, ale chcę zwrócić uwagę jeszcze na inną, a ważną rzecz.

Zapomnieliśmy o czymś jeszcze... , że Natura obdarzyła nas naturalną  apteką i kiedy tylko możemy.... stosujmy jej dobra, jak najmniej przetworzone warzywa, zioła, owoce. Jeśli tylko możemy w naturalny sposób chronić swój organizm, wykorzystujmy to, co na pewno krzywdy nam nie zrobi. Jest dla nas. Na ten czas, tak okrzyczany zagrożeniem pandemią grypy zaopatrzmy się w spore ilości choćby czosnku, cebuli, soku malinowego, soku z kapusty, pamiętajmy o rozgrzewających kąpielach i... nie pijmy gorącej herbaty przed wyjściem na mróz..., który już podobno niedługo... Raczej szklankę zimnej niegazowanej wody... Ubierajmy się stosownie do temperatury na zenątrz. Jest mnóstwo innych jeszcze, mniej popularnych sposobów, znanych raczej ezoterykom i zwolennikom rozwoju duchowego, o których to sposobach nie będę tu dziś pisać, ale tym, co się zainteresują polecam na przykład yogę małych palców..., mudry i podobne sposoby.

Dziś jest już wielu lekarzy, którzy skłaniają się do naturalnych metod leczenia, wykorzystujących wiedzę  naszych babć, ale i nauki Wschodu i bardzo do nich zachęcają. W samym Wrocławiu jest kilka, albo i może już kilkanaście przychodni, gdzie stosuje się wyłącznie takie metody leczenia, nie mniej oblegane od tych zwykłych. Fakt, że jeszcze trudno się zorientować..., na kogo się trafi...., ale rozeznać się w środowisku można dość dobrze w dobie internetu.

Tu... zabawna historyjka przy okazji.. Jest taka strona w necie, /znanylekarz.pl/, na której niedawno wpisałam nazwisko lekarza, którego ktoś komuś polecił i proszono mnie o poczytanie i powtórzenie opinii... I oto, kochani czytam zarzut wobec lekarza... : ,,Nie jestem zadowolona z wizyty, niby określono godzinę, na którą mam się zgłosić, przyszłam kilkanaście minut wcześniej, by się nie spóźnić  i... czekałam na wejście do dra ponad godzinę, to podobno zdarza się tam nagminnie, a pacjentów mimo to rejestruje się co 15 minut... Byłam wściekła, bo po co te godziny, skoro wysiedziałam się tam, jak za starych, dobrych czasów... Zapłaciłam kupę kasy /nie napisała ile, a szkoda ;) przyp.bx/, więc wymagam, by przyjęto mnie o ustalonej godzinie..." No kochani... Zapłaciła wg mnie za wiedzę lekarza szybszy termin wizyty w prywatnej przychodni, a nie za godzinę przyjęcia..., jeśli już.  Ja nie chciałabym iść po raz drugi właśnie do takiego lekarza, który wyprosiłby mnie z gabinetu w połowie rozmowy, czy badania, bo minęło tych 15 minut... Jakże łatwo nam oceniać innych metodami...Kalego...  Jak ja wchodzę, to chcę by przyjęto mnie z należną uwagą, zbadano dokładnie, ale jak już wchodzi ktoś inny..., to już ma obowiązywać czas..., niezależnie od tego, z czym tam wszedł.  Pewnie najlepiej, jeśli krótszy, niż ten przewidziany... /Bo fajnie, kiedy to Kali ukraść komuś krowy.../ Ciekawe, czy by zdążyła na wizytę... ;)  Napisałam komentarz..., a jakże... ;)))) Ale zapewniam... grzeczny.

 

Wracając do tematu.... Ja sama korzystałam np. z akupunktury, na którą zaprosił mnie... mój lekarz rodzinny, a to przecież jest tylko niewielkie miasteczko powiatowe. Ważne, by rozmawiaż ze swoim lekarzem szczerze i nie ukrywać faktu, że bywamy u niekonwencjonalcych medyków, bo tu dopiero możliwy jest galimatias... To nie zaścianek, by bać się rozmowy... :)

No i nie byłabym sobą..., gdybym nie dodała, abyśmy nie zapominali o najważniejszym... o optymizmie, radości, o pozytywnym nastawieniu do życia. Jeśli bowiem damy się wpuścić w kołowrotek strachu... przyciągniemy do siebie dokładnie to, czego się... boimy. A przecież stare, jak świat przysłowie mówi, że strach ma wielkie oczy...

Zaś do specyfików farmaceutycznych podchodźmy z rozsądkiem i ogromną ostrożnością.


P.S.

Wczoraj na zaprzyjaźnionym bloogu  zastałam pewne ważne informacje dotyczące szczepień przeciw grypie... i wystarczy, pomyślałam... Kto zechce, sam na nie trafi, przecież tutaj, w necie, wszyscy mamy jednakowe szanse na to, by znaleźć to, czego szukamy. Ale i wątpliwości..., bo przecież... nie każdy wie, czego szukać. I że jest czego... Jednakże na wszelki wypadek, jeśli ktoś ma dylemat  /wszak temat gorący/ - szczepić się, czy nie, po uważnym wysłuchaniu prof. Majewskiej, rozesłałam podane linki znajomym , ponieważ stwierdziłam, że zawiera informacje, które każdy z nas powinien znać i chociażby być ich świadomym. Kiedy dziś po powrocie z pracy zastałam na swojej skrzynce dziesiątki słów ,,dziękuję, nie miałam/em o tym pojęcia"/, a dodatkowo kilka tychże samych linków wysłanych do mnie..., wiedziałam, że zrobiłam, co należało. Stąd też decyzja o temacie dzisiejszej notki. Poniżej obydwa linki, o których wspomniałam.  Kto ciekawy, zajrzy... Kto nie..., jego sprawa i takie jego prawo.

1. Prof. Majewska o szczepionkach cz.1

2. Prof. Majewska o szczepionkach cz.2

Nie zabrzmiało dobrze..., wiem. Kontrowersyjny temat - rzeka... No dobra, dobra... to już koniec. Głowy do góry, Słoneczka. ;)))) Dobranoc. I... aniołek na noc.... ;)

 

 

Perełek szczęścia (13) | Rzuć własną perłę

,,Gliniane anioły" tym razem... dla mnie :)))

wtorek, 17 listopada 2009 16:58


/moja dzisiejsza praca/

Miła niespodzianka..., bardzo miła. Dziś Dirt - devil zafundowiała mi taki dzionek, że i słoneczka nie trzeba... :))) Ostatnio nie szczędzicie mi ciepłych, przyjaznych słów... Ale dziś o devilku miałam... Zorganizowała I Zjazd Marciński, gościła blogowych znajomych w swoim realnym świecie, wielu z nich i ja odwiedzam na blogach, więc miło było zajrzeć do devilkowego gorącego piekiełka i zobaczyć ich razem. Pieczareczko, śliczna z Ciebie dziewczyna, miałam okazję zobaczyć Cię po raz pierwszy. Adasia już znam, nawet czytam w domu... ;))),  Pieprza też... :))) Bardzo miłe, jak wiem spotkanie, a ja cieszę się bardzo, że tak zostanie zapamiętane. Chętnym do sprawdzenia, czy prawdę piszę zostawiam link: http://dirt-devil.blog.onet.pl/ Twoje słowa, kochana, u mnie ozdobią moje anioły. :) Dziękuję.

  

  

,,Gliniane anioły"   /dedykowane ElusiP/

anioły słodkie w zręcznych jej dłoniach
tworzą wariacje na temat sztuki
przydają chorym na duszy zdrowia
a odganiają chmury i smutki
/dirt-devil/

     
/a tu możecie zobaczyć moje projekty doniczek i na koniec...na dole znowu niespodzianka, choć nie gotowa też jeszcze ;)/


/tak mi się zrobił... w międzyczasie ;)))/

Do miłego...


Perełek szczęścia (15) | Rzuć własną perłę

Dziś znów lepiłam aniołki

czwartek, 12 listopada 2009 16:56




Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia dla moich domowych solenizantów. Święto minęło, to był uroczy dzień. Nie zepsuła nam go deszczowa aura, ani przenikliwy chłód, bo może... serca były gorące..., a może już po prostu tak jest, że pogoda na moje nastroje wpływu nie ma. :) Zawsze cieszę się ogromnie, kiedy rodzina może się spotkać.. Właściwie dla mnie specjalnych okazji do spotkań nie musi być, byle chcieć, byle nie zapominać o innych wokół siebie i przypominać tym,  którzy o tym nie zawsze pamiętają. To już tradycja w naszym domu, że swoich dzieci, nawet tych, które już wyfrunęły z domu zapraszać nie musimy, zięć już też się przyzwyczaił. Przyszły jeszcze się uczy, ale i on tym razem zapowiedział, że będzie, bez zbędnych słów. Po prostu zjeżdżają się wszyscy ,,nasi" bez zaproszeń, a ewentualnie dalsza rodzina, czy znajomi są powiadamiani o uroczystości i zapraszani. Zresztą pewnie to nie u mnie tylko takie zwyczaje... :)
Nie dopisała mama męża, ale to w zupełności usprawiedliwiona nieobecność, bo wszyscy w domu wiemy, że babcia jest zawsze i nie trzeba jej prosić, by przyjechała, a zwyczajnie się po nią jedzie. Tym razem nie mogła, miała swoich gości. Dziś Bellatrix wstała bardzo wcześnie, wcale nie zmęczona długim siedzeniem i obowiązkami gospodyni, choć poszliśmy spać już grubo po północy.
Moje dzieci pomagały, wyręczały, odpoczywam przy nich i wciąż mi jest za mało takich chwil, kiedy jesteśmy wszyscy w domu. Mąż, przebywając obecnie więcej poza domem, niż z nami, również zaczyna doceniać takie chwile... no to i nadmiar alkoholu w grę nie wchodzi, bo potem... szkoda tego czasu, kiedy się nijak sobie nie może przypomnieć ani ważnych rozmów, ani nawet jakichś zabawnych sytuacji... :))) Jak ja długo czekałam na taki czas..,  kiedy stół będzie łączył, nie dzielił, a podobne uroczystości nie zamienią się za chwilę w rozczarowanie, żal i łzy... Są wśród Was osoby, które doskonale wiedzą, co i ile to dla mnie znaczy i co chcę powiedzieć słowami, że ,,wreszcie było normalnie".... :)
.................................................................................
Dziś znów lepiłam aniołki... Nie wiem... co to jest i jak się dzieje, że mam wciąż nowe pomysły, wciąż nowy zapał. To we mnie jest i pewnie już tak zostanie... :) Trzymając w ręce kawałek gliny... pomyślę tylko... ,,no pokaż mi twarz, aniołku"... i za chwilę ją mam w dłoni. Znów inną, niepowtarzalną. Jutro będę wykonywać zamówienie indywidualne dla pewnej pani, która zażyczyla sobie anioły na... doniczkach. Przyjechała specjalnie do mnie, by złożyć i omówic ze mną zamówienie... Wiecie... powłóczyste suknie, rozwiane włosy... Poza tym właściwie pełny luz... Dla mnie extra. :) Uwielbiam takie zlecenia, gdzie nie wymaga się powielania wzoru bez końca i jeszcze daje swobodę w pracy. Ciekawa jestem sama efektu swojej pracy. Już gotowe są doniczki, które przygotowałam dzisiaj, by jutro poświęcić czas tylko na anioły. Efekty, jeśli będą ciekawe o godne pokazania, zobaczycie, rzecz jasna. :) Oczywiście, jeśli zdążę z aparatem... zanim znikną na zawsze gdzieś tam, jak wiele poprzednich...
Pozdrawiam wszystkich pięknie. Do miłego. :)))


Perełek szczęścia (11) | Rzuć własną perłę

Poszłam sobie...

środa, 28 października 2009 11:39



Poszłam sobie na spacer. Sama. Jesienna aura otuliła mnie cudnymi barwami. Z każdej strony. Całą swoją urodą, czarem... Nie jest zimno, choć chłód przy dłuższym staniu daje się we znaki. Słońce próbuje swoich sił, by przeniknąć przez chmury. Chwilami jest, by za moment znów skryć się za nimi. Uprawiona ziemia mojego azylu czeka... O, trzeba posadzić czosnek.

  

Przyglądam się drzewom, liściom... Liściom... Nie unosi ich wiatr, nieruchomy, wielobarwny kalejdoskop przyciąga wzrok. Koi. Można go utrwalić bez zakłóceń. Na polach już szaro, znikły soczyście zielone i złote od zbóż horyzonty, w oddali dostrzegam wystrojony w jesienne kolory niewielki lasek, który teraz codziennie inaczej wygląda. Jawi się różnobarwnymi plamami z daleka, niczym obraz olejny dobrego malarza. Jeszcze gdzieś... owoce na jabłoni, ostatnie kwiaty w tym roku...

  

Wszystko się zmienia. Ja też. Ile mam wspólnego z tymi... liśćmi... Raz wydaję się być takim listkiem, targanym przez wiatr, zwłaszcza, kiedy zawiedzie mnie tam, gdzie nie chcę... Za chwilę już nim nie jestem, świadoma tego, że to Ja sama wybieram swoje ścieżki i spotyka mnie tylko to, na co sobie zapracowałam, w każdym możliwym tego zdania znaczeniu. Coś jest nie tak... Tak. Warto się nad tym zastanowić. Oddycham głęboko... Tak wielu rzeczy jeszcze nie wiem..., nie rozumiem.

  

Nie. Nie jest mi smutno. Bliskość przyrody nie działa na mnie w ten sposób. Uspokaja, odpręża, cieszy i tą radością wypełnia mi serce po brzegi. Wzmaga moją miłość do siebie, choć niekiedy wydaje się niemożliwe, by mogła być większa... Może być większa. Może...
Jak bardzo jestem wdzięczna..., że mogę na ten świat patrzeć, mogę dotknąć, odczuć. Piękne jest życie. Jest cudem.



I wiecie co?... Niby nie nowy ten wniosek dla mnie..., a jaki wspaniały. Wciąż zachwyca. :) Raźniej wracało mi się do domu. Piesek patrzył z kojca. Wybacz Maks, później pójdę jeszcze z Tobą.

I niespodzianka na zakończenie, od Andrzeja :



Jesień ma to do siebie,
że można o niej wciąż prawić.
Radośnie gdy dni słoneczne,
z nostalgią gdy chmury nam darzy.

I liście strącane jej wiatrem,
Aniołow uśmiechy, ciut bledsze.
Lecz zawsze pozwala nam marzyć.
Marzenia są dla nas powietrzem...

Gdy marzę, stają się obce
problemy i żale zastałe.
Złość mija i uśmiech na twarzy
pojawia się czasem nieśmiale.

Być może, że jesień to życia
powoli ogarnia me ciało.
Ach! co tam niech będzie i jesień
nie będę żałował lecz chwalił.

Czytając powyższe wiem dobrze,
że finał się się jakiś należy.
Zatem Panowie i Panie!
Nie dajcie się.
Nie dajcie jeszcze,
Jeszcze od życia
sporo się nam należy...




Perełek szczęścia (16) | Rzuć własną perłę

Żal, czy... wdzięczność...

czwartek, 22 października 2009 20:26



Moi kochani... Czytając Wasze komentarze stwierdziłam, że warto napisać, jak sama odbieram zdarzenie opisane w poprzedniej notce, ponieważ niepewni moich odczuć, interpretujecie je bardzo różnie. :)

Otóż... ogromnie się cieszę, że nastąpiło to, jak ktoś z Was określił ,,spotkanie po latach". To nie przypadek, że... polubiłam właśnie tę osobę najbardziej ze wszystkich tam przebywających pań, poznałam jako wspaniałą osobowość, ciekawą i bardzo bogatą. Która ma bardzo bliski mojemu sposób myślenia i odczuwania oraz podejście do życia. Ogromne pokłady energii, optymizmu, o którym wciąż przypominała, by i mnie go czasem nie zabrakło :), a także radość w oczach, której nie umiem opisać i ciągły uśmiech na twarzy... Rozmawiałam z nią też wczoraj, a także dziś, będąc po wypis, mogłam towarzyszyć jej dłuższą chwilę. Dziś wychodziła do domu. Tyle radości w oczach, kiedy zobaczyła, jak wchodzę na salę, nie widziałam już dawno... :) Podobnych osób nie spotyka się na każdym kroku, ale...

Nikogo i niczego w swoim życiu nie spotyka się na darmo. Wszystko ma swoją przyczynę i skutek. To od nas zależy, czy takie zdarzenia, czy niby przypadkowe spotkania odczujemy, jako doświadczenia, czy wskazówki, czy też ich nie dostrzeżemy wcale. Wydarzenie to uświadomiło mi jedną ważną rzecz... Tamto pierwsze spotkanie nie robi już na mnie żadnego wrażenia, nie zostawia cienia żalu, niedosytu, czy też poczucia niespełnienia. Stało się, jak wiele innych zdarzeń, które się stają w życiu, wydając się niepozornymi, błahymi, albo też krzywdzącymi. Pozornie, bo tak naprawdę dopiero niekiedy po upływie długiego czasu możemy się przekonać, że to zupełnie nie tak, jak myśleliśmy. A przecież ja... To dziś jestem szczęśliwa. Robię to, co kocham. A miłość do ludzi mogę wyrażać w każdej chwili, bo tego nikt nie jest w stanie mnie pozbawić. Ona wciąż i niezmiennie jest we mnie. Od zawsze. Dziś myślę, że tamto zdarzenie sprzed lat wróciło po to właśnie, by mi to w pełni uświadomić. Reasumując... mogę powiedzieć, że to zupełnie możliwe, iż /między innymi/ dzięki tamtej decyzji pani dyrektor... jestem dzisiaj, jaka jestem, mam to, co mam i robię to, co robię. To również doświadczenie... Ale takie, które uczy... Uczy, że nawet kiedy spotyka nas coś złego, to dzieje się po coś, czego w danej chwili możemy być jeszcze nieświadomi. Trzeba to przyjąć, nie pytając dlaczego się dzieje. Jeśli będzie trzeba, jeśli uzna to za konieczne, życie... samo odpowie.

Uśmiecham się. :) Wszystkiego dobrego. :)))

 

 

Perełek szczęścia (11) | Rzuć własną perłę

Taka sobie historia...

środa, 21 października 2009 19:09


zdj. z netu

Byłam w szpitalu. Na sali leżały oprócz mnie trzy panie. Każda z nich o wiele lat starsza ode mnie, blisko lub już po 80 tce. Bardzo miłe, ale dwie z nich nie mogły chodzić. Trzecia pani również miała bardzo ograniczone ruchy, ale chodziła. I o tej pani będzie mowa już za chwilkę. Dwie leżące panie tak nie wiadomo kiedy stały się moimi podopiecznymi, a to podałam picie, a to podniosłam kołdrę z podłogi, a to przykrywałam w nocy..., a to przysiadłam, by porozmawiać, a to nakarmiłam, bo syn spóźnił się na obiad. Dla jednej byłam Bożenią, druga nie pytała mnie o imię, ale szybko zaufała, choć przyjechała najpóźniej z nas.

Drobnostka. Dla mnie zwyczajna rzecz, nie warta wspominania, bo zupełnie odruchowa. Całą sytuację widziała trzecia pani i to z nią nawiązałam najlepszy kontakt. Rozmawiałyśmy sobie o pozytywnym myśleniu, o radości, miłości, och, wiecie, jaki to raj dla Bellatrix - takie tematy... Osoba bardzo wykształcona, mówiąca pięknym językiem, autorka popularnej książki historycznej o Polakach na Sybirze... zastanawiało mnie tylko jedno cały czas... skąd ją znam? Skąd...

Rano wizyta lekarska, audytorium najzacniejsze, bo ordynator, zastępca i kilku młodszych lekarzy, ja będę ostatnią pacjentką, o której będą rozmawiać. I nagle moim uszom chyba się śni...:

- Panie doktorze, ta moja Bożenia, co leży naprzeciw bardzo mi wczoraj pomagała i w nocy... też mi pomagała...

- Która to pani Bożenia, pani Janino...

- A ta... /pokazała mnie palcem/

Lekarze obejrzeli się na mnie, uśmiechali się. No co... odwzajemniłam uśmiech i tyle...

Ale to nie koniec..., bo nagle odzywa się ta trzecia pani:

- Tak, tak... ta pani minęła się z powołaniem, powinna być pielęgniarką, bo tyle serca ma dla ludzi. /powiedziała z uśmiechem/

   Olśnienie... Już wiem!!! Już wiem, skąd ją znam...

Wizyta dobiegła końca, lekarze wyszli, ale nagle otwierają się drzwi i jeden z lekarzy wywołuje mnie na zewnątrz... stoją wszyscy...

- Pani Elu, mamy nadzieję, że nie dźwigała pani pacjentek...

- Ależ skąd, doktorze, to tylko takie drobne przysługi...

- Ale panią wychwaliły, nawet pani dyrektor...

- Tak... słyszałam, ale pan czegoś nie wie... Pani dyrektor... nie przyjęła mnie w swoim czasie do Liceum Medycznego, byłam najlepszą uczennicą w klasie, a jednak nie przyjęła. Nie wyobrażałam sobie siebie w innym zawodzie. Byłam w grupie dyspanseryjnej, wtedy tak się nazywały grupy, w których były dzieci z tzw. szmerami serca..., na które do dziś nie narzekam... :)))

- No co pani mówi... i powiedziała jej to pani? Ja bym powiedział...

Uśmiechnęłam się... Nie. Nie powiedziałam... Czy to dziś już ma znaczenie... I tak już się minęłam z powołaniem. ;)))

 

 

Perełek szczęścia (14) | Rzuć własną perłę

Czy wiesz, że... jesteś niezwykła...

czwartek, 15 października 2009 13:42




Dziś dostałam maila..., z którego dowiedziałam się, że... jestem niezwykła... A dlaczego? Sami poczytajcie... I czy to nieprawda? Prawda... :)))

,,A dlaczego jesteś niezwykła? A choćby dlatego:

  • możliwości Twojego umysłu obejmują m.in. telepatię, telekinezę, postrzeganie świata energii, channeling, OOBE
  • Twoje ciało fizyczne to zaledwie maleńka cząstka Twojej PRAWDZIWEJ ISTOTY
  • KAŻDY z nas ma jakiś talent - malowanie, zdolność prowadzenia ludzi, smykałkę do biznesu, lepienie garnków z gliny, naturalną zdolność pomagania innym, odczytywanie ludzkich emocji i "bolączek" z podświadomości, dar tworzenia boskiej muzyki... można wyliczać i wyliczać...
  • potrafisz KOCHAĆ
  • możesz przeżyć ogrom cierpienia, upaść, stracić wiarę w życie i... odzyskać ją stając się BOHATEREM ŻYCIA - to jest dopiero dokonanie!
  • masz zdolność wpływu na swoje życie i życie innych ludzi
  • masz niezwykły organ w swoim ciele - serce, które niestrudzenie bije przez całe życie...
  • komóreczki ciała stale ODRADZAJĄ SIĘ, co sprawia, że co kilka lat, mamy "nowe ciało"
  • ponoć... ciało wytwarza tyle ciepła, że w ciągu 30 minut można zagotować 2 litry wody - ileż ciepła w każdym z nas :)) "
No powiedzcie, czy nie brzmi to pięknie? Wy też jesteście niezwykli..., a dlaczego? A choćby dlatego, że... patrz wyżej... i przeczytaj jeszcze raz... ;)))


Perełek szczęścia (15) | Rzuć własną perłę

W międzyczasie...

piątek, 09 października 2009 21:11



Dawno nic nie pisałam. A w międzyczasie tak wiele się zdarzyło. Pożegnałam z innymi Mariusa, znajomego z bloga. Napisał każdemu z nas piękne pożegnanie na zakończenie swojego blogowania. Miałam umieścić te słowa w ,,zauważyłam komentarze", ale zdecydowałam, że tak będzie lepiej. Nie pogniewa się... :) On się nigdy nie gniewa.
piątek, październik 02, 2009 10:03:00 PM 
Marius pisze...

THE END - POŻEGNANIE

Ach, Elu! - zwana też ostatnio -
bardzo pięknie - Bell - \
zawdzięczam właśnie Tobie - tyle pogodnych dni,
bo rozpoczynając je od przeglądania
poczty, Waszych wpisów u mnie -
wiedziałem, że zawsze "prześlesz"
tyyyle radości życia i szczerego uśmiechu,
że nie sposób, bym po tym - mógł się
choć na chwilę zasępić ;D.
Ha1 ;) - nawet nie wiesz - ile Tobie
zawdzięczają (przez ten pogodny nastrój) -
moi współpracownicy! ;D
Jestem z natury pogodny, ale po taaakiej
dawce!! ;D))) heh.

Twoja pasja twórcza, radosne opisy,
czułości pełne wiersze i taka -
po prostu - wyjątkowa ludzka
dobroć - jaka emanujesz -
jest czymś wręcz zjawiskowym!

Tak bardzo Ci za to dziękuję!
ZA to, że mogłem i Ciebie TU - "poznać",
utrzymywać kontakt, wymieniać się radościami
i tym czym akurat żyłem.

:D Teraz przypomniałem sobie - "naszą walkę"
z Twoim blogiem ;) i jego "technicznymi
problemami" ;D))).
Wszystkie te , tak pogodne chwile -zapamiętam na zawsze.
I tak, jak już napisałem - dla mnie słowo zawsze -
MA znaczenie i treść!

Ściskam Cię , Bell - najczulej i wierzę,
że nigdy ten Twój promienny
uśmiech, który się po prostu u Ciebie
czuje (wcale nie musi się go widzieć,
by wiedzieć, że JEST!) - nie wygasi się nigdy, a jeśli już - to tylko -
by odpocząć ;).

Ufam też, iż Twoja twórcza pasja-
będzie tak dalej rozkwitać - tworząc
kolejne postaci i przedmioty
"magicznego dobrego świata Eli"...

Jesteś wyjątkowa.

Tak w ogóle - mam niesamowite szczęście -
spotkałem TU tule absolutnie
wyjątkowych ludzi...

Ściskam czule i "ze słońcem"!;D
DZIĘKUJĘ, BELL!

________
P.S.
A wilczka - dodatkowo - ode mnie utul! ;D


Świetny kolega, można z nim było ,,konie kraść". Jego notki z dalekiego kontynentu były zawsze solidne, prawdziwe, pełne smaku. Zdjęcia z pożaru przejmujące i niesamowite... /Nie jeden raz czytałam swoim dzieciom wieści z NY.../ Komentarze na blogach, które odwiedzał - również. Mam nadzieję, że odnajdzie się w realnym świecie, z którym obawiał się utracić kontakt. Tak zdecydował, więc nam wypada uszanować jego wolę. Ale link do jego pustej strony pozostanie na tym blogu, jako miły akcent tej znajomości. :) Nawiasem mówiąc... ciekawe, czy współpracownicy nadal mają się z czego cieszyć, kiedy już Marius nie bywa u Bellatrix... i nie zaraża się optymizmem i dobrym humorem. ;)))) Ok, trochę przesadził, ale czyta się miło. ;)))

Co jeszcze... Ano to, że w domku po 5 tygodniach nieobecności znów gości /a tak, gości właśnie/ małżonek jaśnie pani Bellatrix... Znów tylko na tydzień, a w niedzielę dom znowu stanie się dla niego wspomnieniem i to nie zawsze miłym... :) No cóż... czy to moja wina, że zawsze jak ma przyjechać, to musi sie coś zepsuć? Teraz i tak tylko kran w kuchni wprawdzie, ale jednak. I drzewo do piwnicy samo się nie narąbało... Węgiel i owszem, całkiem sam się zrzucił /synkowymi rączkami ;) /

A tak u samej Bellatrix co słychać?... Otóż... od ponad tygodnia jestem na L4. Czekam na bardzo ważne badania, które będą dopiero 20., potem na wyniki, zależnie od tego, czy będzie pobierany wycinek, czy nie... może będą od razu, może za kolejne trzy tygodnie. Nie martwię się. Czuję się doskonale, właściwie to nie pamiętam kiedy czułam się lepiej i najchętniej wróciłabym do pracy, do swoich aniołów... A tak... wciąż myślę o tym, czy mój jaśnie pan kierownik Łukasz dotrzyma obietnicy i będzie robił zdjęcia moich prac, które wyjdą z pieca na gotowo... Tyle ich zostawiłam w kolejce do piecyka... Obiecanki, cacanki..., wiecie, jak to jest. ;) Ostatnio wysyłałam własne zdjęcia do zakładu, bo nie było z czego zrobić... katalogu... 12MB... wysyłałam ze trzy godziny...

Napisałam maila do Galerii BB w Krakowie /znajduje się w Sukiennicach - wejście od strony ul.Brackiej, jeśli ktoś byłby zainteresowany/, która ma już również filię we Wrocławiu.
Pytałam o warsztaty ceramiczne we Wrocławiu, bo wyczytałam, że w Krakowie takie się odbywają. Pod kierunkiem wykształconych na ASP i uznanych w kraju i wielokrotnie i za granicą artystów. Otrzymana odpowiedź zaskoczyła mnie bardzo... To, że w ogóle nadeszła, to już dziw, a do tego pisze tam, kochani, że dla Bellatrix, to już takie warsztaty się nie przydadzą, ponieważ... za dobrze sobie z gliną radzi... Raczej powinna szukać miejsca na wystawę. Ta Galeria nie wystawia prac amatorów, a wyłącznie absolwentów ASP..., więc nie może mi zaoferować takiej współpracy, ale i owszem... może zaproponować kontakty z artystami Galerii...
No wiecie co... gdybym umiała opisać minę mojego małżonka..., a raczej przerażenie w jego oczach, kiedy przeczytałam mu tego maila... :))) ,,Jak Ty już wejdziesz między tych ludzi w dziwnych czapkach i pawimi piórami na głowach, to... "  Nie zapytałam, co... Uśmiechnęłam się tylko... No bo i co tu można odpowiedzieć... że co? Że nie lubię dziwnych czapek i pawich piór? Chyba wie za tyle lat, nie? ;) A gdyby nie Rysio... nigdy nie przyszłoby mi do głowy pisać do jakiejś Galerii... Dziękuję, Rysiu. :)

A do wglądu nowa Galeria - Pasja Bellatrix - zapraszam pięknie. :)))


Perełek szczęścia (16) | Rzuć własną perłę

Wieliczka, Kraków

sobota, 26 września 2009 17:44





Znów Bellatrix nosiło po świecie. Wczorajszy dzień, nawiasem mówiąc - piękny, jak na zamówienie, spędziłam w kopalni soli w Wieliczce i w Krakowie. To nic, że trzeba było wstać o 3 nad ranem. :) Paweł odwiózł mnie na miejsce zbiórki i skomentowal porę jednoznacznie... ,,Mami, o tej porze, to normalni ludzie śpią...".  No nic, tylko śmiech mi pozostał... ;) Bo co mu będę mówić na zapas, że wrócę około północy i znowu zadzwonię po niego... i że znowu go wyrwę ze snu. ;)))



No to pojechaliśmy sobie... Kopalnia soli powitała nas szybem wystającym wysoko ponad budynki... Zadbane miejsce, wkoło dużo zieleni, skwerki, sklepiki i mnóstwo innych wycieczek. Przewodnik już na nas czekał. Kochani moi... schodziłam wąskimi schodami na kolejne poziomy i nie dało się nie odczuć, że to prawdziwe podziemia... W sumie 906 schodków... hmm, bagatelka. Ponad 130 m w dół.



Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu... Kocham słońce... Zdecydowanie najbardziej na świecie kocham słońce. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że przytłoczy mnie ta ziemia... I jeszcze przewodnik na samym początku mówiąc o zagrożeniach wspomniał..., że to też kopalnia... metanowa... brrr... Ale bez paniki oczywiście. Starałam się skupić na tym, co widzę i słyszę, a nie na tym wrażeniu.





Nie było to wcale takie trudne, bo każde miejsce, które widziałam zaskakiwało mnie czymś nowym... A to wspaniałe rzeźby z soli, a to jakaś komnata, a to jeziorka, a to kapliczki, posągi, krasnale, duch kopalni..., a nawet dyskoteka krasnoludków... i niezapomniane, bo ogromnie smutne wrażenie... na widok koni /na szczęście sztucznych/... Czy wiecie, że ostatni koń wyjechał z tej kopalni zaledwie w 2002 roku? To wcale nie tak dawno... Słuchaliśmy opowieści przewodnika - górnika z otwartymi buziami.





Trzy godziny zwiedzania zleciały w mig i na koniec wyjechaliśmy windą na powierzchnię, a w samo południe byliśmy już w Krakowie.
Mieliśmy właściwie czas wolny i każdy mógł pojść, gdzie chce, byle na określoną godzinę przyjść na Bracką. Moja grupka wybrała  Wawel, tym razem z pieczarą smoczyska, Planty, Sukiennice na Rynku. Ponieważ pamiętałam wiele z poprzedniej wycieczki, mogłam opowiedzieć kilka zapamiętanych historii tym, którzy tego nie słyszeli. Sama zdziwona byłam lekko, że aż tyle potrafię opowiedzieć o miejscach, w których byłam w grudniu zeszłego roku. 



W Krakowie nie mieliśmy przewodnika, ale dla mnie była to najmilsza część wycieczki. Uwielbiam, kiedy spokojnie mogę sobie pochodzić i nikt mnie nie pogania i nie nakazuje, co mam robić i gdzie wejść. No to i poszwendałam się tam, gdzie byłam już i tam, gdzie mnie pierwszy raz poniosły oczy. A nawet miałam czas, by usiąść i chłonąć atmosferę tego wyjątkowego miasta... tak zwyczajnie i niespiesznie... I posłuchałam sobie nawet z przyjemnością człowieka - orkiestry. Długa to była wycieczka, do domu dojechaliśmy blisko północy... Jeszcze parę godzin zabrakło tylko do pełnej doby.



Dziś wstałam jednak, jak nowonarodzona..., o dziwo, wcale nie zmęczona, nie obolała, a pełna energii... No przecież nie darmo chodziłam po Plantach i wawelskim dziedzińcu... Kto był, wie o czym mówię. :)
Znów nauczyłam się czegoś nowego...
1.Chociaż uczono mnie szacunku do zawodu górnika..., to co wiem teraz jeszcze bardziej ten szacunek wzmocniło.
2.Chociaż odczułam już wcześniej energię magicznych miejsc Krakowa, teraz mogę powiedzieć na pewno, że tamte odczucia nie były złudzeniem... I mogę powtórzyc raz jeszcze..., że kocham to miasto. :)))
A w moim mieście... święto patrona miasta, św. Michała. Uroczystości zaczęły się już dzisiaj, zakończą się jutro późną nocą. Znów pełno nowych wrażeń i emocji. Pozdrawiam Was wszystkich najmilej i na niedzielę zostawiam przyjazny, bursztynowy uśmiech... Bursztynowy... bo to kolor jesieni. :)

Perełek szczęścia (19) | Rzuć własną perłę

Odpowiedź...

niedziela, 20 września 2009 11:47



ŻYCIE CUDEM JEST- De Su

...i dziś tylko taka notka... :) Bo słowa piosenki De Su mówią to, co sama chciałam Wam powiedzieć. :) Mówią to ładniej. :)
Pięknej i słonecznej niedzieli, kochani.

Perełek szczęścia (10) | Rzuć własną perłę

Czas wykopków, elfów i wazonów :)

wtorek, 15 września 2009 16:21

Na dobry początek, by Was nie zanudzić, sympatyczna piosenka jeszcze bardziej sympatycznego Seana Kingstona :)
Beautiful Girls



Witam moich gości serdecznie. Połowa września, to czas, kiedy najczęściej na dworze można poczuć zapach pieczonych w ogniskach... ziemniaków. Bellatrix w tym roku jednak wykopała swoje ziemniaki w sobotę. Dzień jednak był zbyt chłodny na to, by komuś chciało się wracać na ogród, kiedy ziemniaki już będą dobre do jedzenia. Ominęła nas więc, nie wiem, czy nie najwększa, atrakcja tej pory roku. :) Ale co tam... przecież nie tylko jedna jeszcze przed nami. W związku z wykopkami przypomniala mi się zabawna historia... Bo, czy wiecie, że są dzieci, które nie wiedzą skąd się bierze ziemniaki, owoce, marchewkę i inne warzywa? Są. Naprawdę. Kilkanaście lat temu miałam gości z Niemiec, którzy by pojechać z mężem do Wrocławia i spokojnie pochodzić po mieście, zostawili mi dwie małe dziewczynki pod opieką. Miałam zrobić obiad, więc wzięlam je ze sobą na ogród, by nakopać ziemniaków i przynieść potrzebne warzywa... Ups... Kiedy tylko otworzylam bramkę do ogrodu pojawił się pierwszy problem ,,nie do przejścia"... :))) Otóż... wysoka trawa... Młodsza dziewczynka zaczęła tak piszczeć, że myślałam, że conajmniej użądliła ją jakaś osa, czy co... Nie umiała po polsku..., tłumaczyła ją starsza siostra. ,,Ona boi się tej trawy...jest taka... duża"... powiedziała mi, sama też lekko wystraszona... No trudno, wzięłam malca na ręce i przeniosłam kawał drogi..., gdzie rosły ziemniaki... Nakopałam ich trochę, a dziewczyny miały radochę przy zbieraniu... śmiały się w głos. Jeszcze nie wiedzialam dlaczego... :) Kiedy wrócili rodzice na obiad, nie mogly się naopowiadać... jak to ziemniaki wyskakiwaly z ziemi, a do drzew były przyklejone... jabłka...  Mama ich, lekko zażenowana tłumaczyła mi, że dotąd myśłaly, iż to wszystko bierze się po prostu...ze sklepu... Do dziś pamiętam, to uczucie żalu, jaki wtedy poczułam na myśl, ile takich, czy podobnych rzeczy omija te dzieci. Wyrastają w betonowych blokach, bawią sie przy wystrzyżonych trawnikach, a jeśli wyjeżdżają z rodzicami gdzieś poza miasto, to również w podobnie ,,zadbane" miejsca... Matko z córką, one nie znają naturalnego świata przyrody... Długo nie mogłam się z tym wewnętrznie pogodzić. Jakże różne miałam dzieciństwo ja sama i moje dzieci... Lepsze? Pełniejsze na pewno.



No tak... jak zwykle, rozgadałam się zupełnie nie o tym, co chciałam napisać na początku, bo przecież zasadnicza częśc notki miała dotyczyć moich glinianych prac, a o wykopkach miałam wspomnieć tylko... :))) Otóż...
Kilkakrotnie wklejałam tu swoje prace w stanie surowym, nie wypalone i obiecałam wtedy, że przyjdzie czas, kiedy pokażę je gotowe. I ten czas właśnie nadszedł. Spełniam więc dziś kolejną swoją obietnicę. :) Moje elfy, z których niestety zostało tylko kilka, reszcie nie zdążyłam zrobić nawet zdjęć..., byłam na urlopie, poszły w świat. Pisałam Wam, że robię czasem wazony, jakie mi przyjdą do głowy i tu również zobaczycie niektóre, w tym moje ulubione z twarzą i żmijką. Popatrzcie sobie. Zapraszam. :)





A żabia rodzinka, to dla Was na dobry humorek. :))) Wszystkie pokazane tu rzeczy wykonałam odręcznie, bez użycia form i według własnego pomysłu. Takich samych więc... nie znajdziecie nigdzie indziej. Niedługo będziecie mogli zobaczyć kolejne moje prace. :)
I jeszcze jedna rzecz... Najpiękniej dziękuję za wszystkie bardzo miłe i przychylne komentarze pod wierszem Andrzeja. :) Dziś dopiero zobaczył, czytal i... oniemial, jak mi napisał i powtórzył jeszcze telefonicznie. Wszystkim Wam w jego imieniu bardzo dziekuję. Nie jest dla Was tajemnicą, że od dlużeszgo czasu namawiam go na własny blog i te komentarze nie zostaną na pewno bez odzewu z jego strony. Rozmawialiśmy dziś o tym. Stwierdził skromnie, że przyjdzie na to czas, a to już dla mnie niemal jak zapowiedź nowego bloga. ;) /Nie krzycz na mnie za to zdanie Andrzejku... ;)))/ A jeszcze na ucho Wam powiem, że najważniejsze dla mnie jest to..., że nie ma mi za złe tej absolutnej niespodzianki... No co... pytałam, ale nie zaglądał na pocztę... ;))))
Jak zwykle... do miłego, kochani. :)))

Perełek szczęścia (17) | Rzuć własną perłę

Relacja z Miasta Spotkań

poniedziałek, 07 września 2009 21:39



Posłuchaj:
Mike Oldfield & Anita Hegerland-Innocent

Hejka! Nie było innej opcji, jak tylko ta, by wsiąść w  samochód i pojechać do Wrocka. Chyba wszystkich w domu zaraziłam chęcią zobaczenia wrocławskiej fontanny i na wieczór mieliśmy już chętnych - 5 miejsc w samochodzie i wszystkie zajęte. :) W niedzielę wieczorem nie ma zbytniego tłoku na ulicach miasta, więc przedostaliśmy się do celu szybko, przed czasem. Zwłaszcza, że Most Grunwaldzki i cały Plac odnowiono, zmodernizowano... Jedzie się tamtą częścią miasta bardzo dobrze i sprawnie.

        

I proszę... Trafiliśmy na 100 lecie koszykówki polskiej... Gala...., pełno koszykarzy, vipów. Kiedy o 20 zaczął się pierwszy pokaz, jeszcze nie było tłumów, ale już na 21... nie było gdzie postawić nogi. Mieliśmy szczęście, staliśmy dokładnie na środku i w pierwszym rzędzie. Przed nami, po obrzeżach fontanny chodziła tylko zabawna pani z ochrony, która dosłownie wszystkim wkoło opowiadała swój... życiorys... :)))) I wciąż mówiła, że jest od 30 godzin w pracy... Za godzinę nadal mówiła to samo... dalej była 30 godzin w
pracy...

   

No ok... pani, jak pani, ale zaczął się pokaz i to, moi kochani, niesamowite wrażenie. Zdjęcia nie oddają go w pełni, raczej należałoby nagrywać, ale Bellatrix... niestety nie miała tyle wolnej pamięci na aparacie, więc nagrała sobie tylko fragmenty, a Wam pozostaje tylko popatrzeć na kilka zdjęć tutaj, a jeśli ktoś zechce się pofatygować do galerii zdjęć ,,Dolny Śląsk w obiektywie Bellatrix", to znajdzie ich więcej i w  większych rozmiarach. Zapraszam. :)))

   

Jak pisałam, wrażenie niesamowite, wspaniałe obrazy, światła i kolory wody poruszającej się takt muzyki, ciemność wkoło... robiły swoje. I ten uspokajający szum... Naprawdę fajne. Jestem ciekawa, czy Wam też się podoba. :)



Perełek szczęścia (20) | Rzuć własną perłę

Niedzielny ranek

niedziela, 06 września 2009 8:30



Muzyka na dziś : Oasis Sunday Morning Call acoustic

Ranek przywitał mnie chmurami. Od 5 rano jestem na nogach i ani grama słoneczka nie widziałam. Lubię słońce, ale nie uważam też, by jego brak odbierał chęci do życia. Bez przesady.

No cóż..., to nic, że niedziela. Trzeba było wstać, to trzeba i nie ma o czym mówić. Zwłaszcza, jeśli nie do końca wiadomo, o której wyjeżdża bus do Holandii ze stacji Orlenu. Pojechałam o 5.45, wróciłam o 7... Na drugi raz niech mi się lepiej małżonek dowie, bo marny jego los będzie, jak będę musiała tam zakwitać i zapuszczać korzonki... Ale nic to..., jak mawiał pan Wołodyjowski... Załatwione. Pojechało do męża, co miało pojechać i nawet świeżutki chlebek też. :)

Tylko, że... spać mi się odechciało na amen. I co myślicie..., no jasne, że poszłam do Maksa.

Wypuściłam go z kojca. Ale miał radochę... A mój pies, kiedy ma taką frajdę, to z początku wcale nie biega... Dopiero, jak wysiedzi się przy mnie na ławce swoją przednią połową. :) No bo przecież w całości już dawno się na ławce nie mieści, zwłaszcza przy mnie.... Ok., posiedział, poprzytulał się i kiedy już chciałam iść do domu, to jemu akurat zabawy z piłką się zachciało... Przynosi mi pod nogi, kładzie i zaczepia mnie zębiskami... No dobra, przyjęłam, że się uśmiecha... ;) Tylko skąd tyle siniaków od tych uśmiechów mam na rękach... Ledwo zdołałam zaprowadzić go z powrotem do kojca, tak się rozbawiło psisko. Ale dobrze wiem, kiedy ma dość zabawy. Zziajany, z piłką w zębach przychodzi i dosłownie uwala się na moje nogi.

Wróciłam do domu, o spaniu nie ma mowy, o tłuczeniu się garnkami też nie, bo wszyscy śpią po wczorajszym wieczorze imieninowym moich rodziców, który zrobiliśmy im u nas. Zawsze przy tej okazji zakańczamy sezon grillowi. Miał być grill i wczoraj, jednak było za chłodno, by siedzieć na dworze. Mama tak szybko marznie... Matko... właśnie uświadomiłam sobie, że przecież spać poszłam przed 2 w nocy... No tak... szczęśliwi czasu nie liczą, nie? A ja ze swoimi dziećmi mogłabym spędzać cały swój czas. Mnóstwo śmiechu, kawałów, mnóstwo tematów do rozmowy. Stąd i czas upływa szybko..., za szybko. :)

Tak... Słoneczka jak nie było, tak nie ma, dzieci jak spały, tak śpią... dochodzi 8... Cały dzień przed nami, więc życzę wszystkim gościom wspaniałej niedzieli. Może moje dzieci zechcą pojechać wieczorem z mamą do Wrocka, by zobaczyć nową, przepiękną fontannę ze świetlną tancerką...

Sami zobaczcie, jakie mamy cudo!!! Dodam, że co jakiś czas zmienia się rodzaj muzyki, a najpiękniejsze i najdłuższe pokazy są od godziny 22. :) Jak można nie kochać takiego miasta... Nie pomińcie tego miejsca, będąc tu kiedyś... :)

A teraz popatrz koniecznie!!! :)))

 

Wizualizacja fontanny - coś wspaniałego... :)

 

Fontanna multimedialna - Wrocław


Perełek szczęścia (10) | Rzuć własną perłę

Jeszcze sierpniowo... :)))

poniedziałek, 31 sierpnia 2009 19:20



Za mało piszę na bloogu... Za mało, bo teraz znów napiętrzyło się tyle do powiedzenia, że nie wiem,od czego zacząć... :) Mój tato słusznie jednak mawia... ,,jak nie wiesz od czego, to zacznij od początku"...  A że grzeczna córeczka ze mnie... posłucham jego rady. ;)
Wróciłam znad morza... Ostatni tydzień jeszcze na urlopie spędziłam w domku. Mąż też. Dopiero wczoraj raniutko wyjechał znów na długo...
Ale jeszcze w czwartek pojechaliśmy do Częstochowy na Jasną Górę. Męża mama bardzo chciała i obiecaliśmy jej, że jeszcze póki ciepło, pojedziemy. Kiedyś uwielbiałam tam jeździć. Podniosły, uroczysty klimat..., skupienie ludzi klęczących gdzie nie spojrzałam... Niekoniecznie w świąteczne dni... Jechałam tam zawsze po to, by naładować swoje akumulatory i wracałam jakaś inna... może lepsza... W każdym razie takie wtedy miałam odczucie. Ale teraz... nie wiem, może zaskoczył mnie ten blichtr, gwar, może brzęk pieniędzy na każdym kroku. Głośne rozmowy ludzi, którzy przecież stali u wejścia do Kaplicy, w której znajduje się Cudowny Obraz... Ten sam, co dawał mi siłę, pewność, nadzieję... Czar prysł...



Nawet w połowie drogi na wieżę, na schodach, siedzi proszę państwa duchowny... i zbiera ,,dobrowolne datki" na remont Klasztoru. Śmiech dławi komentarz, bo jak nie rzucić, kiedy ani dalej przejść, bo siedzi, ani wrócić, bo z tyłu sznurek ludzi... :) Do tego oczywiście dochodzi jeszcze presja tych, którzy stoją obok i rzucają datki bez słowa... Tu Bellatrix się wk... zdenerwowala się Bellatrix... i się wróciła... Niech sobie idzie kto chce, daje kto chce... To już chyba nie moje miejsce... Nie chyba, ale na pewno nie moje.
No i z takim to wrażeniem wróciłam do domu. A dodam jeszcze tylko, że osoby, które były ze mną podzielają to zdanie.
W sobotę... :)))) Zabawne zdarzenie... Siedząc wieczorem przy komputerze, usłyszłam cichy stuk za plecami... Równocześnie kątem oka zobaczyłam jakiś ciemny cień. Co to... mysz? Nieee, za długie toto... No i proszę, jaki gość zawitał do mojego pokoju. :)))



Przykryłam go słoikiem, delikatnie zsunęłam na tekturkę i wyniosłam, jak hrabiego na zewnątrz. O nie..., nie ważyłam się już budzić męża. Pamiętacie co kiedyś chciał zrobić z ostatnim takim gościem, który odwiedził nas w pokoju podczas któregoś z poprzednich pobytów nad morzem... Ledwom uratowała biedne stworzonko przed niechybną śmiercią. I oto... wczorajszego wieczoru, kiedy wracałam do domu z... zaraz napiszę skąd, usłyszałam w ogródku przemiłe cykanie... :))) Ten? Nie ten? Ale cyka...
A wracała Bellatrix z wiejskich dożynek.



Znów dopisała pogoda, słoneczko, ciepło. Ludzi mniej, niż zwykle, ale w okolicy odbywały się jeszcze trzy podobne imprezy, w tym takie główne - powiatowe. Ludzie rozjechali się gdzie chcieli, gdzie im było ciekawiej, czy bliżej. Zabawa trwała do około 3 nad ranem i pewnie trwałaby do białego rana, gdyby nie to, ze do pracy wstać rano trzeba. DJ Jacek postarał się o dobrą muzykę dla starszych i dla młodzieży, młodzież brała udział w różnych konkursach, Straż Pożarna dała pokaz
ratownictwa na miejscu wypadku, mistrzowie Polski w grę Zośka dali pokaz swoich umiejętności,



od rana trwał na naszym korcie Turniej Tenisa Ziemnego, a na drugim boisku - mecz kawalerowie - żonaci, gdzie pokładaliśmy się ze śmiechu na widok kondycji niektórych starszych zawodników. Kto wygrał? Kawalerowie... :))) W tajemnicy Wam powiem, że wcześniej, jeszcze przed meczem przypadkiem usłyszałam, jak chłopcy namawiali się, że ,,trochę odpuszczą starszym, bo im się grać odechce, gdy będą przegrywać od początku" ... :)))) Dokładnie tak było. I śmiech mnie ogarniał, kiedy słyszałam potem dumne głosy dorosłych mężczyzn w stylu ,,Wiesz, zabrakło nam jednej bramki i byśmy wygrali!!!"
Tak to ,,dzieci" zrobiły w przysłowiowe bambuko swoich ojców... Ale w ładnym stylu, więc i gniewu by nie było, gdyby to ewentualnie na jaw kiedyś wyjść miało.
Bellatrix posiedziała sobie na dożynkach króciutko, przed wieczorem była w domu.

A teraz wita Was nowy Elf... :)))



Dziś... Wróciłam wreszcie do pracy. Miodzio... :))) Czekały na mnie gotowe aniołki zrobione przed urlopem wg mojego nowego pomysłu i zamówienie, które już częściowo jest wykonywane od dzisiaj. ,,Oj, pani Elu... brakowało tu pani. Zaraz widać, że pani nie ma"... Miło usłyszeć coś takiego, nie?



      



A po powrocie z pracy zastałam w domu najmilszą niespodziankę... Świecę od HalinkiBoskiej... Halinka jest obecnie w kraju, wysłała mi ją tu w Polsce. Świeca to prezent, moi mili... A oto i przedmiot, o którym mowa. Halinko, dziękuję serdecznie. :)))



Postawię ją na półce, wśród rzeczy, które są dla mnie ważne i wartościowe. Stoi tam już miniaturka wieży Eiffla, dzwoneczek ceramiczny z Warszawy i Krakowa, świecący aniołek szklany z Łagiewnik, archanioł mojej produkcji i kamyczek, który sam wpadł mi w ręce nad morzem. Teraz jeszcze będzie stać i świeca z dalekiego kraju... :) Wiem. Będzie stała przy wierszach Adamapoety i serduszku z masy solnej od monicucci... Miłego tygodnia, kochani... już niemal wrześniowo życzę.

A pożegna Was ze mną dziś czarnobiały big- anioł, jeden z kilku podobnych, które jadą do Holandii. :) Papa...



Perełek szczęścia (18) | Rzuć własną perłę

Jestem :)))

poniedziałek, 24 sierpnia 2009 22:26



Co by tu... ;) No... hejka! Nie muszę chyba pisać, że było pięknie nad morzem. Bellatrix chciałaby tam zostać jeszcze długo, długo...
A jednak TU też ciągnie coś, że hoho... Bo TU właśnie jest moje miejsce. Jednym słowem... ,,jeszcze się taki nie narodził, co by..."
 i otóż to.



Jak wiedzą niektórzy z Was, była sobie Bellatrix w maleńkiej nadmorskiej miejscowości - Mielenko. No cóż... taka już z niej jest wiejska dziewczyna, że do wielkich miast jej nie ciągnie... Ok, może poza Krakowem, Warszawą, Wrocławiem... ;) Ale to naprawdę dla mnie wyjątkowe miejsca, oczywiście nie urażając tu nikogo.



Uwielbiam ciszę, spokój i plaże nie naszpikowane parawanami ze zbytnią przesadą. I nie będzie też przesadą, jeśli napiszę, że mogłabym w takich miejscach spędzać czas bez jedzenia i bez picia, ile się da. Ok, ja tak..., mąż nie. Lubi także spokój i kameralne, małe plaże, ale za to głodu niespecjalnie... nawet bardzo niespecjalnie... ;))) Za grosz u niego wytrzymałości na najmniejsze burczenie w żołądku. No to jedynym obowiązkiem Bellatrix przez ten tydzień było... szykowanie kanapek na plażę, by móc spędzać tam więcej czasu bez wracania do domu co trzy, najwyżej... cztery godziny. Zapewniam Was tu, że mój mąż, to nie jest niemowlę..., choć były momenty zwątpienia nawet u mnie... :)))))
Ale, wracając do tematu... Wybraliśmy sobie to miejsce nieprzypadkowo... ostatnio bardzo mało czasu spędzamy razem. On w Holandii, ja tu. Tak nam się układa, że raczej jesteśmy bardziej... osobno. Cóż... Bywa, nie?
I napiszę Wam coś jeszcze... to dla nas pierwsze /po niemal 28 latach / prawdziwie nasze wakacje. Bez dzieci. Tylko nasze.
Pogoda nam dopisała, zresztą, nie miałam żadnych wątpliwości, że tak właśnie będzie. Przecież i Wy życzyliście mi słońca, nie? ;) Przez tydzień padał deszcz jedynie dwa razy i w dodatku tylko w nocy. Rano zaś, słońce budziło nas przepięknymi świtami, śpiewem ptaków, a zza okna słychać było odgłosy szumu  niedalekiego morza. Pokój widzieliśmy więc jedynie późnym wieczorem, kiedy po niemal całodziennym plażowaniu, wracaliśmy, by się przebrać i by wyjść coś zjeść. Odwiedzaliśmy też pobliskie Mielno, gdzie przebywał mój /znany Wam już z opowiadania na kawowym blogu.../ Mariol z Piotrusiem. Ale dla nich mogłam poświęcić tylko jeden dzień. Wtedy wybraliśmy się wszyscy razem do Kołobrzegu.
Wiem, wiem... opowiadaniom po powrocie do pracy nie będzie końca. Mariola pierwszy raz weszła na latarnię morską i oboje płynęli statkiem po morzu też pierwszy raz w życiu - z nami. Nie miała dotąd odwagi. No to i ja się cieszę, że przy mnie ją miała... :) Dla niej wejście, ale jeszcze bardziej zejście wąskimi schodkami z latarni, to ogromny wyczyn.
Dziś jestem dla niej pełna uznania - brawo Mariol ! :)
W drodze powrotnej odwiedziliśmy Kamienne Kręgi w Grzybnicy i śmiem twierdzić, że to już zdaje się będzie nasz stały punkt przystankowy, jeśli będziemy jeszcze na trasie Koszalin - Wrocław. :) Znów niezapomniane przeżycie...
Podsumowując dzisiejszą notkę... /muszę przecież ją kiedyś skończyć, bo pisać bym mogła w takim tonie i tydzień.../ ;)))
Wszystko było pięknie i ładnie..., ale największą niespodziankę zastaliśmy po powrocie do domu...
Naszym oczom ukazała się... nowiutka /???/ podłoga w kuchni i w pokoju... Nie, nie... nie nowiutka, a pięknie wycyklinowana... Macie pojęcie? Moje dzieci, zięć i przyszły zięć zrobili remont mojej stareńkiej bukowej podłogi, która to czynność spędzała z powiek sen Bellatrix, kiedy tylko o tym pomyślała... To po to były te telefony... na trasie do domu było ich conajmniej kilka. Sprawdzali jak dużo jeszcze drogi przed nami, bo koniecznie chcieli skończyć zanim wrócimy. :) Jeszcze w sobotę rano podłoga była mokra od świeżego lakieru. My weszliśmy tak, jak wyszliśmy tydzień temu... wszystko było dokładnie na swoim miejscu.
No to... co mnie w takim razie ściska za gardło..., nie wiecie?

Perełek szczęścia (10) | Rzuć własną perłę

Spacer z Maksem

niedziela, 09 sierpnia 2009 19:48



Mój Maks tak czekał na mnie, kiedy poszłam po smycz. Wybieramy sie właśnie na spacer popoludniowy. Dzień piękny, słoneczny, aż szkoda siedzieć w domu. No to poszliśmy sobie. Dawno nie byłam nad naszą rzeką... Matko... powiedziałam rzeką? No to zobaczcie, co z niej zostało...



Prawie jej nie ma... Zarośnięte brzegi do granic możliwości... Nie mam pojęcia, jak tam płynie ta woda...  Z daleka wcale jej nie widać.
Ale za to slychać... :) Maks chwilami zatrzymywał się, by dojrzeć skąd dobiega ten charakterystyczny szum wody... Patrzył ciekawie... i nic nie widział. Ledwo mi było widać głowę z szuwarów.



Patrzył, oglądał się na mnie zdziwiony i... za chwilę znajdował coś ciekawszego na ścieżce.
Chciałam z nim dojść do mostu, pod którym jako dziecko bawiłam się często z przyjaciółmi. Pamiętam, że były tam takie ciekawe kamyki na dnie..., po nich można było przejść na drugą stronę mostu /w wodzie po kostki/, a stamtąd niejako okrężną drogą polami dojść do wioski.



Tak. Właśnie tam, na środku zdjęcia jest widoczny ten most. Górą jeżdżą pociągi do Wrocławia, albo w drugą stronę, do Międzylesia...
Jednakże ta ścieżka okazała się nie do przebrnięcia... Zarosła chaszczami zupełnie... jaka szkoda... Ale nic to... zawróciłam, a na drugą stronę pójdę kiedy indziej drogą, którą dziś zamierzałam wracać.



Jak widać Maks zupełnie się nie przejął rozterkami Bellatrix... Co chwilę buszował w trawie, próbował gonić motyle..., ale też... co chwilę zawracał..., by go pogłaskać, pochwalić, że taki grzeczny... :))) Nie mogłam go niestety spiąć ze zmyczy... Bardzo blisko jest główna trasa na Wrocław, mnóstwo samochodów... Trochę się bał mój piesek... jeszcze jest bardzo młody. I za bardzo wszystkiego ciekawy... :)



Szliśmy sobie trochę polami, trochę łąkami... Przy okazji zobaczyłam, że w najlepsze jeszcze trwają żniwa na okolicznych polach... No tak... zapomniałam już, że tak jeszcze niedawno nam też nie była obca żniwna gorączka... Zaglądanie w niebo..., słuchanie prognoz na kolejne dni...
Szczęśliwa dziś jestem, że już nie muszę...
 Wróciłam z psem późnym popołudniem, ze dwie michy wody wypił biedny... No jasne..., przecież się tak napracował dzisiaj, jak nigdy... Musiał... panią prowadzić na smyczy... I to taki kawał... ;)))

Perełek szczęścia (14) | Rzuć własną perłę

AWARIA NETU...

piątek, 07 sierpnia 2009 14:57



Wyobraźcie sobie... awaria jakaś przyplątala się do netu u Eli... mogę się połączyć tylko wtedy, gdy najpierw wykręcę nr..... INFOLINII TPSA z telefonu stacjonarnego... paranoja jakaś i tak mnie to śmieszy, że... :))) No to mam zajęty chwilę nr domowy, niestety... Nie wiem, kiedy dostanę się na swój bloog i na Wasze także... wybaczcie, proszę... :) W miarę możliwości i czasu będę podglądać z komputera w pracy, jeśli się da. Papa...

08.08.09 - Wygląda na to, że wszystko wróciło do normy. I świetnie. Miłego weekendu. :)))

Perełek szczęścia (10) | Rzuć własną perłę

...Zwykłe - niezwykłe dni...

wtorek, 04 sierpnia 2009 22:54


zdj. z netu

Fajny kotek, nie? :))) To co, że Ela powinna właśnie tak... przyjdzie właściwa pora i na nią, by się polenić bezwstydnie. Piękna pogoda już zamówiona na całą drugą połowę sierpnia. Wtedy wyruszam nad morze. Tymczasem jeszcze kilka słoików przygotowanych na jutro..., piesek w międzyczasie, anioły gliniane..., wazony w kształcie duszka Kaspra, albo wisząca doniczka.. róg... /tak mi jakoś do głowy wpadło, to i zrobiłam migiem, zanim ktokolwiek sie zorientował. Że też... nie oponował mój szef... ;) To żart... nigdy nie oponuje./
Z urlopu wychowawczego wróciła główna szefowa obu pracowni - Małgosia. Marcin zaczął oddychać sobie właściwym rytmem. Jak dotąd świetnie idzie im współpraca i myślę, że już tak pozostanie. :) Tęskniliśmy za nią. Brakowało jej energicznej osóbki, szybkich decyzji i.... gadania też. :) Teraz opowiada nam o swoim starym-nowym domu na wsi, o Guciu, o piesku collie... Dobrze trafiła z powrotem, bo połowa załogi jest na urlopie... lekki luz, choć oni, jako szefowie maja co robić, czy jesteśmy wszyscy, czy nie... Mnóstwo rzeczy do wypalenia... piece nie nadążają..., w upalne dni temp. z 1200 stopni spada o wiele wolniej. Nie sposób pospieszyć.
Nam nie wolno zbliżać się do żadnego z pieców.
Moi drodzy..., a na kolanach mam coś, o czym marzyłam chyba od zawsze... Zaświadczenie o rozpoczęciu 20 miesięcznego kursu z...
parapsychologii i pierwszy zeszyt z materiałami do przeczytania. No i macie studentkę ESKK... ;))) Wiele jest rzeczy, które zamierzam poukładać sobie w tym temacie. Z głową, rzecz jasna. To do miłego... :)))

Perełek szczęścia (11) | Rzuć własną perłę

Pierwsza sierpniowa sobota

sobota, 01 sierpnia 2009 22:26



Małe szczęścia

Z samego rana wyrwałam ostatnią lipcową kartkę z kalendarza. Dziś już pierwszy dzień nowego miesiąca. Wstałam o całą godzinę później niż zwykle... matko z córką... Pobiegłam do psa napełnić mu michę jedzonkiem i nalać świeżej wody... no i znowu nie umiałam go zamknąć zaraz w kojcu. Musiałam wziąć psinę do ogródka... Zamiast iść pobiegać zanim go zamknę w kojcu z powrotem, bo trawka tam, jak dywan..., to siadł sobie przednią częścią tułowia /inaczej już się nie zmieści/ koło mnie na ławce i upominał się o głaskanie... Nie... nie szczekał... po prostu wciskał się w mój bok całym ciężarem i już.... Rób co chcesz... Tak jest co rano... No ok... pogłaskałam, potarmosiłam to moje kochane zwierzątko... i tak mi jakoś zeszło... ;) To co, że ogórki czekały... Herbaty z psem w ogródku sobie wypić nie można?
Zanim zaczęłam robić swoje przetwory zimowe... jeszcze sklep, jeszcze pranie..., a to jakaś szklanka, albo talerzyk...
Ale Ela miała zapał dzisiaj jakiś podwójny chyba, bo szybko skończyła wszystko, co zamierzała zrobić i to jeszcze przed południem...
A wtedy... dzyyyyń.... dzyyyyyń......... Odbieram... Nie wierzę własnym uszom... Kochani..., jaka radość... Ogromna. Znamy się około 2,5 roku, ale tylko z netu... z własnych blogów,  z komentarzy... Miły głos, rozgadana, życzliwa i bardzo wesoła osóbka... Zadzwoniła. Nareszcie. Śmiechu co nie miara i wspomnień bez liku... Nie mogłyśmy przestać gadać... :))) Córka patrzyła i śmiała się najpierw z moich wielkich ze zdziwienia oczu, a potem uśmiechała się rozbawiona moimi reakcjami podczas rozmowy. A potem to już się jej znudziło siedzieć, kiedy zobaczyła, że końca babskiego gadania nie ma... ;) To była przemiła niespodzianka
Czasem rozmawiam ze znajomymi z blogów na gg, bardzo nieliczni mają nr telefonu. I bardzo to miłe, kiedy ktoś zadzwoni... ot tak sobie... bezinteresownie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego... ile można mieć tematów do rozmowy z osobą, którą znam tylko... stąd.
I przyszła mi na myśl pewna refleksja..., bo przeciez dlatego piszę o tym telefonie...
Zostawiamy tu kawałek siebie... w każdej notce, komentarzu, w każdym wierszu... Zostawiamy tu kawał swojego czasu... Ktoś nas zainteresuje, ktoś zaintryguje... ktoś... hmmm... ;) Z czasem zawiązują się nawet przyjaźnie. Może w jakichś przypadkach także coś więcej... Ważne jest, - aby jeśli już traktujemy swoje blogi jako zabawę, czy rozrywkę... - nie traktować tak swoich gości, co też się jednak zdarza.
Jeśli ktoś nas tu znajduje, jeśli chce zatrzymać się, choćby na chwilę i zostawić kilka słów, należy to uszanować i wysłuchać, co ma do powiedzenia. Takie jest moje zdanie. Miłej, słonecznej niedzieli. :)))

Perełek szczęścia (9) | Rzuć własną perłę

Tydzień w pracy...

niedziela, 26 lipca 2009 19:16



Jak wiecie, od poniedziałku wróciłam do pracy. Zastałam kilka gotowych swoich prac, ale niestety, już nie wszystkie, które obiecałam Wam pokazać, będąc jeszcze na kawowym blogu... Powyżej, to zdjęcie miniaturek Rotundy św. Gotarda, ktore już śniły się po nocach, niczym 3000 żyrafek dla zaprzyjaźnionej Fundacji z Warszawy... :) Nawiasem mówiąc ostatnio robiliśmy dla niej kolejnych 200... Matko.. jedzą te żyrafki, czy cóś... Toż to twarde, jak kamień...
Wracając do ,,rotundek"... Na 46 sztuk każdą zrobiłam własnoręcznie. To nasza powiatowa wizytówka. Już są gotowe i jak sobie uzmysłowiłam, że każda ryska na nich jest tylko moja... każdy szczegół... No... niech wystarczy, jeśli powiem, że za 4 godziny pracy moglam zrobić 2 - 3 sztuki...



Prace powyższe natomiast, to dużo wcześniejsza produkcja Eli... powiedziałabym nawet, że lekko uboczna... No przecież moja specjalność, to aniołki... :)
W międzyczasie... robiłam w tym tygodniu też anioły do swojego pokoju... i dwa wielkie big- anioły na zamówienie i dwa nieco mniejsze... Pojadą moi kochani... do Holandii. Zamówili je sobie wolontariusze, których gościmy na każde wakacje.



A ten antałek... to praca mojego przyjaciela Romusia, który nijak nic nie działa beze mnie..., więc i tę pracę wykonał jakiś czas temu pod moim okiem. Kiedy wróciłam z urlopu do pracy, wszyscy zwracali uwagę na to, że mój Romuś nareszcie... odżył... ;))) I pozbył się ,,cygańskiej" choroby... nawet. Czyli obiboctwa... mówiąc jaśniej.



A patera, to oczywiście dziergana szpilką praca pana Jerzego. Jest tak piękna, że postanowiłam pokazać ją Wam niejako na... deser...
Wspaniałe kolory, dokładne wykonanie... Miło patrzeć. Patera jest jedna, chętnych do nabycia kilku... :)



A to już moja dziergana szpilką praca... Mój nowy numer na dom... w końcu nie byle czyj, bo ,,sołtysowy"... No i co, że sołtys mieszka piętro wyżej? Adres ma ten sam, co ja... ;)))
Gdyby więc ktoś z Was... tak przypadkiem na te papierówki... ;))) Bo się skończą niedługo... Szpaki zjedzą, bo przerób naszych ząbków jest niewystarczający, by je wszystkie spożytkować właściwie. /I po co Marius wgryzać się w zdjęcia jabłek..., kiedy tu je można realnie zjeść? ;))))/ Ty wracaj lepiej do Europy... tu i jabłka i chrzan...
Do miłego, kochani. :)))

Perełek szczęścia (13) | Rzuć własną perłę

Jeśli korzystacie z wyszukiwarki...

wtorek, 21 lipca 2009 18:53



Ktoś ze znajomych napisał dziś do mnie list... Wpisał mój nowy adres blooga w wyszukiwarkę i wyświetliła mu się... cała paleta wpisów z moim nickiem... Na szczęście nieporozumienie, że to nie są moje wpisy, wyjaśniło się szybko..., jednak pozostał po tym niesmak. Ponieważ to dobry i dobrze znający mnie człowiek, bez zbędnych słów zrozumiał i uwierzył w moje wyjaśnienia. Chcial mnie tylko ostrzec..., że nie zawsze moja osoba może być kojarzona... pozytywnie i dobrze... Goście, którzy mnie odwiedzali na starych i na nowym blogu, znają mój język i wiedzą, że nie używam słów niecenzuralnych i niegrzecznych. To nie jest w mojej naturze.
Ale tam mój nick znajduje się w niektórych wynikach dokładnie przed lub po takich wlaśnie słowach... Sprawdziłam to i tak jest.
Nie każdemu chce się wejść na kopię i przeczytać, co napisane jest przeze mnie, a co już nie. Jednakowych nicków z imieniem Bellatrix, a nawet Bellatrix2009 jest kilka... pewnie różnią nas jedynie miejscowości i hasła. Podobnie było na Znajomych na interii, kiedy wpisałam kiedyś swój nick, by coś znaleźć.Pewnie gdzie indziej, na innych portalach jest tak samo. Nie chroni nas żadne hasło tak naprawdę... wpisy mogą się ukazywać wszędzie w najbardziej zaskakujących tematach, nie łudźmy się...
Kiedyś, pamiętam przy wpisanych słowach ,,kierować życiem" przeglądarka przekierowała mnie najpierw na stronę do... ,,nauki jazdy", gdzie ze zdumieniem zobaczyłam własne wpisy z dawnej Grupy zamkniętej... !!! Zupełnie nie związanej z tematem kierowania autem...
Zadziwiające są niedoskonałości i bezduszność sieci...
Piszę Wam o tym dlatego, żeby każdemu z Was to uświadomić... Jeśli jeszcze tego nie wiecie, jeśli łudzicie się, że jesteśmy w jakikolwiek sposób anonimowi, czy chronieni tu, w tym nierzeczywistym świecie, to wpiszcie własny nick w przeglądarce... Pozbędziecie się złudzeń.. :)

Perełek szczęścia (15) | Rzuć własną perłę

...Taki prawdziwy polski obiad...

sobota, 18 lipca 2009 20:28



K.Klich - Lepszy model

Jutro znowu wyjeżdża mój mąż. Znowu na długo. Znowu zostaną tylko telefony..., ktorych tak nie cierpi. Ale trudno, wszystkiego trzeba się nauczyć, jeśli jest to konieczne. Zawsze można też... nie dzwonić... ;))) Rano trzeba było zrobić zakupy na ten wyjazd. Mąż poszedł do garażu po auto.... Za kilka minut wpada do domu zły, jak sto diabłów... ,,Ale narobiłem!!!... Rozbiłem tylną szybę"...
Matko... jak? gdzie? Wczoraj dopiero odebrałam auto z naprawy przecież... Nowa skrzynia biegów, sprzęgło z tarczą..., jakieś 1700 zł...
Dość będzie, kiedy napiszę, że brat wywożąc kamień na budowę postawił pustą przyczepę prościutko na przeciw naszego wyjazdu z garażu... Mąż nie popatrzył, że stoi, tylko na ,,pewniaka" wyjechał tyłem z garażu, jak zawsze... A rutyna bywa zgubna.
No tak... Nie ma, że boli... Z zaklejoną folią szybą pojechaliśmy do mechanika, umówiliśmy się na poniedziałek, tylko czym ja pojadę do pracy??? Powinnam być jak wszyscy z jej zmiany na urlopie do końca lipca... razem z kierowcą naszego busa, który nas do przacy zabiera. Ale Elunia nieeee... Wymyśliła sobie, że jeśli mężowi uda się przyjechać w sierpniu na dwa tygodnie, to może gdzieś razem by... Jak rozdzieliłam urlop na dwie części, zobowiązałam się dojeżdżać swoim autem. Nic to..., jakoś dotrę, mam rowerek jeszcze, a to wcale nie tak daleko, jakieś 4 - 5km. Rekonesans sobie urządzę, a co...
W każdym razie... Zakupy zostały zrobione, torby już spakowane... Nawet pierogi ugotowalam na obiad i barszcz miałam z wczoraj jeszcze... Ania uwielbia i jedno i drugie:  ,,Ale mami zrobiłaś dziś taki prawdziwy polski obiad"...
Tak Aniu..., mówię, całkiem polski... Ruskie pierogi i barszcz ukraiński... ;)))) Wybuchnęliśmy śmiechem...
Co tam pieniądze.... kochani..., nie? :)

Perełek szczęścia (12) | Rzuć własną perłę

Jak mi TU jest

piątek, 17 lipca 2009 14:56



Kurczę... jak mi tu jest? Mam mieszane uczucia, wiecie? Dziś na GG dostałam wiadomość..., że z niektórych portali nie można skomentować wpisów w moim azylu... i to mnie smuci. Bo bardzo polubiłam osoby, które tam poznałam... To śmieszne, by komentarze o wpisach na blogu ktoś musiał pisać przez GG... Owszem, na razie chce i pisze, ale czy zechce tak dalej... Nie zdziwię się, jeśli nie... /Dziękuję Ci, przyjacielu. :) / Wszystko ma swoje granice... blogowe przyjaźnie także.
No cóż... I mam jakąś awarię na bloogu. Tymczasem WP odpowiada, że ktoś, kto zajmuje się awariami... jest na urlopie. I tak nie dowiedziałam się, jaka jest przyczyna i czy możliwe jest jej usunięcie. Może to jest powodem tych wszystkich trudności z Waszymi wizytami... Jeśli macie takowe..., bardzo Was za to przepraszam. Nie jestem jednak w stanie nic zrobić. Najwyżej wrócić... na dawny blog. Ale tam... Zaczekam jeszcze z podjęciem decyzji. Kurczę... nic mi się nie chce...

Perełek szczęścia (4) | Rzuć własną perłę

Dziwicie się...

wtorek, 14 lipca 2009 20:24



Dziwicie się.... dlaczego inny bloog..., dlaczego hasło... A ja się nie dziwię, że się dziwicie... :))) Sama się dziwię, że hoho... Bo jak to... Ela bez Kawowego i Życia to cud? W końcu byłam też wielką przeciwniczką haseł i blokowania dostępu do blogów i w dodatku kilkakrotnie zdarzyło mi się prosić kogoś o zaniechanie takiego rozwiązania. A tu proszę... Jednakże jest rzecz, o której chciałam tu nadmienić, i za którą nawet postawiono mnie dzisiaj do... kąta na całych 5 minut... ;) To co, ze przez GG... Stałam, bo co prawda, to prawda... Chodziło o to, że mogłam najpierw wysłać Wam zawiadomienia o przeniesieniu swojego bloga pod inny adres, a dopiero wtedy pożegnać ewentualnych gości na starych. Fakt, uniknęlibyście zaskoczenia, w niektórych przypadkach nawet /śmiem twierdzić/ niemiłego... Pomyślałam o tym jednak już po umieszczeniu obu wpisów, a już pewności nabrałam po przeczytaniu pierwszych komentarzy... Nie chciałam tego, przepraszam. 0:-)
Ale jak każda niemiła rzecz ma swoje dobre strony, tak i ta również. Otóż niechcący zupełnie... dowiedziałam się, że jeszcze nie nadeszła pora, by odejść z blogów i to jest bardzo dla mnie miłe. :)
Powodu zmiany miejsca i zahasłowania nie chcę tu opisywać dokładnie. Zapewne domyślacie się i bez wyjaśnień, że chodzi o kogoś. Poprzestanę na tym, bo chcę o tymj zapomnieć, przecież rozpamiętywanie niczego nie da, ani w niczym nie pomoże.
Tłumaczyć zaś.... Matko...., jak bardzo bym chciała... wytłumaczyć..., ale czy to coś by zmieniło?
Jestem tu i na razie nie zanosi się na zmiany, właśnie zniknęły mi wszystkie zdjęcia na nowym bloogu, poza wizytówką, co mnie zniesmaczyło ciut, ale tylko ciut...  ;)))  Wszystko jest ok i to mnie cieszy. No..., może nie wszystko...

Perełek szczęścia (8) | Rzuć własną perłę

...Co u Bellatrix...

poniedziałek, 13 lipca 2009 0:05


Kończy się pierwszy tydzień urlopu. Upłynął spokojnie, ale nie bezczynnie, bo przecież wiecie, że ja bez zajęcia, to nie ja.
Więcej mam czasu dla rodzinki, a Maks wykorzystuje to też do granic mojej wytrzymałości i cierpliwości, z którą to czasem bywa u mnie krucho. Nauczył się reagować na ,,siad”, ,,wróć”, ale w moim azylu traci rozsądek i opanowanie. Zwiewa i rób, co chcesz. No jasne, przecież tam tyle ciekawych rzeczy i drzewek tyle i bram na podwórka, tyle, że... nie swoje. No to i łażę po cudzych ogrodach i stodołach w poszukiwaniu swojego piesia. Że też kłonicą od sąsiadów jeszcze nie dostałam, to cud. I za karę nie pójdzie Maks bez smyczy do azylu. Ok, jakiś czas... :)))
Dopóki się nie nauczy wracać na zawołanie. A waży ta moja psiunia tylko 20 kg! /Psiaczek, nie?/ Nijak toto wziąć na ręce i nieść, bo za ciężkie i niewygodne ciut i niesforne na dodatek.

Wisienki i owszem, dojrzały, ale po przeglądzie zapasów piwniczkowych stwierdziłam, że je w tym roku /ło matko, rzecz niesłychana!/ porozdaję. Ale to już było mężowe zadanie – zrywanie i rozwożenie owoców z 8 drzewek. ;) No co... W końcu coś robić musi, bo niby dla kogo wystaję godzinami w kuchni?

Ale najlepsza wiadomość to nawet nie ta, że już za tydzień wracam do pracy. To nawet nie ta, że we wtorek naprawione będzie auto i pogoda zapowiada się piękna na rowerowe wycieczki. I nawet nie ta, że mąż zostanie jeszcze tydzień w domu i pomoże w robieniu słoików z ogórków.
Najlepsza wiadomość, to ta, że pojadę nad morze!!! A pojadę sobie w drugiej połowie sierpnia na całych 10 dni. Nawet 11 na upartego. Ni stąd, ni z owąd.
I niech mi ktoś powie, że marzenia się nie spełniają!

Perełek szczęścia (2) | Rzuć własną perłę

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 15 marca 2010

W azylu szukało schronienia wędrowców: 16988

Kalendarium Azylu

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

,,Mój jest ten kawałek podłogi"

Jestem, jaka jestem. Piszę, bo lubię. Nikogo nie szukam. Uszanuj to mój gościu.,,Mój jest ten kawałek podłogi".

To ja... taka jestem

Jestem. I już. :)

Kronika Azylu

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 13.03.2010 20:56:03
  • autor: Asgard
  • treść: Już rozumiem to &quo...

Zawitało w moje progi

miłych sercu wędrowców: 16988
Zostawili ślady stóp
  • liczba: 234
  • komentarze: 2440
Zwiedzili ze mną
  • liczba zdjęć: 517
  • komentarze: 247
Pamiątek w Kronice: 187
Azyl rozkwita błękitem od: 257 dni

Znajdź sam

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: